Florencja w kontekście

Z przyjemnością wracam na blogową wędrówkę po Italii. Ostatnio opisywałem wizytę w rozgrzanym słońcem San Gimignano. Lubię to dźwięczne „dż” w nazwie San Gimignano, nie gorsze jest drugie „dż” w nazwie miasteczka Pogibonsi (Podżibonzi), które trzeba minąć po drodze do „miasta pięknych wież”. Dobry efekt daje śpiewanie obu dźwięcznych nazw jako refrenu niekończącej się wakacyjnej piosenki – melodia obojętna, co tam komu w duszy gra…

Od paru miesięcy opisuję Toskanię „w całej ozdobie” na ile wytarcza mi pamięci, wyobraźni i czasu. Ostatnio od klawiatury oderwał mnie natłok spraw zawodowych, którym, w warunkach pogłębiającej się recesji – musiałem przyznać priorytet. Nie jestem „ptakiem niebieskim, który nie sieje nie orze” i jakoś żyje. Po pierwsze nie zależy mi na życiu „jakoś” tylko tak, żeby móc codziennie bez odrazy spojrzeć w lustro; po drugie, jeśli ktoś gdzieś utrzymuje, że dobra materialne należy lekceważyć, bo ważniejsza jest sfera duchowa oraz pełne wyrzeczeń „podążanie za wewnętrznym głosem”, to ja w tę mistyczno-metafizyczną paplaninę nie tylko nie wierzę, ale reaguję na nią nerwowo. Przy okazji, zupełnie mimochodem, zauważę, że instytucja, która od tysięcy lat głosi prymat ducha nad materią i swoim wiernym nakazuje mieć w pogardzie dobra ziemskie – sama opływa w dostatki i ani myśli się ich wyrzec.

Historia powszechna uczy, a epoka renesansu wręcz świeci przykładem po oczach, że wszelki rozkwit ducha i zdolności ludzkich odbywa się tam, gdzie skumulowane bogactwo zapewnia ludziom żywot wolny od troski o przetrwanie. Oczywiście im więcej zamożnych ludzi tym większe szanse, że z ich aktywności wyniknie coś szlachetnego i subtelnego. Zgodnie z hierarchią potrzeb Maslowa: homo sapiens najpierw musi zaspokoić potrzeby podstawowe typu sen, jedzenie, poczucie bezpieczeństwa, żeby mógł doznawać uczuć wyższych, oddawać się rozmyślaniom filozoficznycm (np. dlaczego jest raczej coś niż nic) oraz zaspokajać potrzeby estetyczne i duchowe. Swoje i innych.

To co się „przytrafiło” Florencji w XIV wieku wymownie świadczy, że gwałtowny rozwój dziedzin sztuki, rozwój nauk matematycznych, piśmiennictwa oraz postęp techniczny nastąpił z jednego podstawowego powodu: chcieli tego bogacze. Co ważne byli to bogacze świeccy, a więc do pewnego stopnia wolni od supremacji Kościoła Katolickiego oraz nieuwikłani w zależności polityczne jak wszelkiego rodzaju władcy i feudałowie. Krótko mówiąc, bankierzy i kupcy mogli sobie pozwolić na fanaberię i zamiast tracić fortuny na wojnach i wyprawach krzyżowych woleli te fortuny pomnażać w warunkach pokoju, a nadwyżki lokowac w tym co da im przyjemność.

Przyjemne i wolne od grzechu było budowanie pałaców, uleganie modom estetycznym, snobowanie się na humanizm a nawet altruizm. Kaprysy krezusów oraz wzajemna rywalizacja, owo adlerowskie „dążenie do mocy”, w relatywnie krótkim czasie doprowadziły do ożywienia umysłowego i ekonomicznego w całej Europie. Zapotrzebowanie na dzieła sztuki, książki i eleganckie tkaniny spowodowały nie tylko wzmożoną ich produkcję ale wywołały cała lawinę wynalzaków, (choćby w zakresie optyki, technik drukarskich i tkactwie), które wcześniejszym pokoleniom żyjącym w „bogactwie ducha” były zupełnie niepotrzebne.

Bankierzy de Medici, którzy zasłynęli jako opiekunowie artystów i kolekcjonerzy dzieł sztuki, zwani przez historyków ojcami chrzestnymi włoskiego renesansu – stworzyli rynek sztuki. Nikt przed nimi nie kupował na taką skalę dzieł sztuki, być może nikt też jako łapówki nie wręczał gustownej rzeźby zamiast worka srebra. Dzięki rodzinom Medicich, Bradich, Tornabuonich i Rucelai – bankierskim krwiopijcom, żyjącym w poczuciem winy z powodu lichwiarskiej działalności i odkupujacym grzechy olbrzymimi dotacjami na rzecz Kościoła – wytwory sztuki stały się dobrami pożądanymi na równi z jedzeniem i uciechami cielesnymi. Posiadanie pięknych przedmiotów, pięknych pałaców i ogrodów stało się od tej pory modą, a artyści awansowali na drabinie społecznej. Leonardo, Michał Anioł i Botticcelli, choć pochodzili z niskich warstw społecznych (w dodatku Leonardo był bękartem), mieszkali w pałacu Medicich i jadali z patronami przy jednym stole.

Równolegle ze sztukami pięknymi, piśmiennictwem i muzyką dynamicznie rozwijała się myśl filozoficzna. Gorzej miały nauki ścisłe, których rozwój uparcie blokował Kościół. Ale i tu swój wkad mieli bogaci filantropi, którzy fundowali uniwersytety i wspierali badania naukowe. Galileo Galilei zmuszony przez świętą Inkwizycję do odwołania swoich teorii dotyczących budowy wszechswiata i wyrzucony z uniwersytetu, znalazł schronienie w domu Medicich. Geniusz Michała Anioła oraz Leonarda da Vinci mógł się rozwijać dzięki zamożnym protektorom. Wstawiennictwu florenckiego „szefa szefów” swoje zycie i szczęście rodzinne zawdzięczał Filippo Lippi.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że w ramach podrózy po Toskani, odwiedziwszy kilka malowniczych miejsc dotarłem do Florencji – miasta, które przynajmniej dla mnie nie jest jedną z wielu atrakcji turystycznych (choć to też), ale pretekstem do rozwazań nad cywilizacją. Nie wszystkim, którzy jadą do Florencji taka wiedza jest potrzebna. Można obyć się bez niej i przyznaję, że kiedy przed paroma laty powziąłem zamysł tej podróży, myślałem o tym żeby „na własne oczy” zobaczyć rzeźby Michała Anioła, znane z albumów zabytki architektury oraz garść słynnych obrazów z galerii Uffizi. Potem przyszła fascynacja rodem Medicich, historią i rozkwitem miasta, „któremu się udało”. Chodząc po Florencji nie umiałem i nie chciałem uwolnić się ani od kontekstu historycznego ani od refleksji nad udziałem szczęśliwych zbiegów okoliczności w urządzaniu znanego nam świata. Podziwiać? Fajnie jest podziwiać, ale czasem przychodzi pytanie, jak to się stało, że mam co podziwiać?

Florencji sprzyjało położenie na szlaku kupieckim do Rzymu i zarazem w środku regionu rolniczego oraz stosunkowo blisko od portów morskich. Znaczący był fakt, że Florencja szybciej niż miasta sąsiednie zyskała znaczenie gospodarcze i militarne – mogła więc za pomocą podbojów powiększać włości i rynki zbytu. O powodzeniu miasta decydowała potega finansowa i militarna – jedna wynikała z drugiej a obie przez wieki pozwalały utrzymać niezależność państwową. Kolejną sprzyjającą okolicznością były z pewnością polityczne i dyplomatyczne talenty władców Florencji, oraz ich ambicje: dwie panie de Medici zostały królowymi Francji a dwóch kardynałów z tego rodu – papieżami (Leon X i Klemens VII). Nie wszyscy przedstawiciele rodu Medicich byli tak „wspaniali” jak legendarny pater patriae Lorenzo il Magnifico (Wawrzyniec Wspaniały) ale tradycja republikańska i mocny korpus urzędniczy pozwalały na bezbolesne funkcjonowanie państwa także podczas rządów władcy nieudolnego.

Na szczęście każda niteczka w tym splocie okoliczności okazała się wytrzymała, miasto przetrwało swoje dramatyczne momenty, nawet z ostatniej wojny wyszło bez większych obrażeń – tak więc mogłem specerować tymi samymi ulicami, którymi chodził Botticelli, Machiavelli i Cellini, mogłem zadzierać głowę w kierunku kopuły Brunelleschiego i ocierać się o zielono-kremowe marmury wieży Giotta. Byłem tym szczęściarzem, miasto ocalało dla mnie.
Jednak po Florencji nie mogłem wałęsać się bez ładu i składu. Rozległość miasta i ilość obiektów wartych obejrzenia zmuszała mnie do zachowania zdrowej dyscypliny. Za to kiedy już obejrzałem to co chciałem, poszedłem nad sadzawkę popatrzeć na ryby. O szczegółach opowiem w następnym odcinku. Uprzedzam, nie jestem pewien czy w relacji ze zwiedzania uda mi się uniknąć banału – tyle już o Florencji napisano, tyle się do niej nawzdychano och i ach. A ja pewnie nie będę inny: w pięknych okolicznościach historyczno-artystycznych ochy i achy przychodzą mi całkiem łatwo.

Reklamy

Tagi: ,

komentarzy 16 to “Florencja w kontekście”

  1. Tetryk56 Says:

    Toskania to magiczna kraina – tam o banał ociera się renesansowa katedra, a wzrusza biały miś pilnujący roweru 🙂 😉

  2. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Też mam takie przekonanie, że primum vivere, deinde philosophari….
    Zakochałam się we Florencji, jak w żadnym innym włoskim mieście, od pierwszego wejrzenia i na zawsze. To zdanie, że Florencja nie ucierpiała podczas wojny przypomniało mi jak podczas zwiedzania Wiednia, zobaczyłam na budynku tabliczkę z napisem: „Ten dom został zburzony podczas II wojny światowej …..” Pomyślałam wtedy, że taką tabliczkę trzeba byłoby powiesić nad niemal całą Polską…..
    Przyznam się, że podziwiając różne wspaniałości często czułam też zazdrość o ciągłość i trwanie. Tylko nie we Florencji, była urzekająca 🙂
    Niech Cię nie opuszczają wspomnienia i dodają sił w codziennej pracy !

    • laudate44 Says:

      Spokojna głowa. Wspomnienia ryb działają mobilizująco. A czy Ty albo ktoś inny domysla się, gdzie te ryby spotkałem?
      Poczekam na odpowiedź do niedzieli.

      PS. Staram się unikać egzaltacji, ale to, że istnieją takie miasta jak Florencja to jest cud. Nasza wygrana w lotto.

  3. marzatela Says:

    Przyłączam sie do ochów i achów. Na mnie Florencja też zrobiła niesamowite wrażenie 🙂

    • laudate44 Says:

      A to zapraszam na ciąg dalszy 🙂
      Albo odnajdziesz w moich opisach swoje ulotne wrażenia, albo uznasz że Laudate jest ślepy, bo nie dostrzegł tego co najważniejsze. 🙂
      No chyba, że jest jeszcze inna alternatywa.
      Pozdrawiam

      • marzatela Says:

        Opisujesz to tak świetnie, że moje wrażenia bledną i stają się mniej wyraźne. Pisz, ja czytam każdą Twoją notkę 🙂

  4. Onibe Says:

    sprawy materialne to priorytet: każda duchowość potrzebuje żyznej gleby aby mogła wyrosnąć i wybujać. Zielonej gleby, bo usianej banknotami, dodajmy ;-). I nie ma w tym nic zdrożnego, takie jest życie i jeśli postanawiamy nie żyć w krainie baśni, to musimy się do tego przyzwyczaić…

    co jednak nie zmienia faktu, że zarabianie pieniędzy cieszy dopiero wtedy, kiedy w niekończącym się cyklu praca-odpoczynek-praca pojawiają się klejnoty wspomnień, takie jak Twoje o Florencji. Nie byłem we Florencji, ale dzięki takim tekstom jestem w stanie ją pokochać korespondencyjnie ;-). A swoją drogą, też mi się zdarzyło być w paru ciekawych miejscach, muszę spóbować kiedyś zebrać się w sobie i skrobnąć parę zdań. To chyba nie tylko dobra lektura dla kogoś (o ile uda się to tak zgrabnie napisać, jak się udaje Tobie), ale i rodzaj pamiętnika dla siebie samego, prawda?

    • laudate44 Says:

      Onibku, ten znak zapytania na końcu to tylko taka ozdoba, prawda? 🙂
      Odpowiem tak: dopóki nie spróbowałem, nie byłem przekonany do blogowych relacji z podróży. Subiektywizm może być dla czytelnika męczący… Jednak skoro nie słyszę narzekań, zamierzam to miłe hobby kontynuować. Co więcej, planując następne wyjazdy, zastanawiam się czy znajdę TAM coś do opisania.

      PS Do krainy baśni się nie wybieram, chyba że przyjmiemy że chodzi o wyjazd do Polski 🙂

      • Onibe Says:

        no właśnie mnie o to chodzi: zastanawiałem się czy relacjonowanie podróży na blogu jest jeszcze czymś po tej stronie granicy (czyli czymś, co robimy dla siebie) czy po tamtej? Wątpliwości brały się z braku konceptu, bo teraz już wiem, że można to robić naprawdę fajnie ;-). A więc tak, znak zapytania zbędny ;-).

        ja na przykład, do tej pory, wrzucałem tylko zdjęcia wyjazdowe na foto bloga – bez opisów, do dzisiaj nie wpadłem na pomysł, aby coś z tym więcej zrobić, ale teraz myślę i myślę. Może więc coś wymyślę 😉

        a z tym rozważaniem wyjazdów pod kątem znalezienia ciekawego materiału – znam to, choć od innej strony. Mnie zawsze zastanawia, czy w danym miejscu będzie co sfotografować oraz ile zrobionych zdjęć da się uznać za warte zamieszania…

  5. Eliza Says:

    Witaj podrozniku. Piękne te Twoje opisy, swoisty relaks kulturalno-psychologiczy. Aby oderwać sie od codzienności, robię sobie przed zamknieciem lapa wycieczkę do Ciebie na bloga wtedy idę spać z usmiechem.
    Opowiadał mi kiedyś szef restauracji w ktorej pracowalam, pochodzący z okolic Massy, slynącej z wypiekow pizzy, że weszli do Księgi Guiness’a. Upiekli najdluzszą pizzę świata, nie pamiętam ile miala metrow, Mieszkancy Massy mieli nadzieję, że skosztują pizzy. Jednak władze sanitarne zabroniły jej dystrybucji z powodów higieny, bo pieczona była w piecu-tunelu ustawionym na chodnikach.
    Znajomi byli w podróży poślubnej we Florencji, wiele lat temu, do dziś z rozrzewnieniem wspominaja cudowną architekturę, ktorej są milosnikami. Narzekali tylko na straszny tlok i brak miejsc, co powoduje duzą stratę czasu, ktorą moznaby poświęcić na zwiedzanie.
    w 2011 roku moja corka jak Ci kiedys pisalam spędzila urlop we Wloszech, nie omijając Florencji. Zięć byl troche rozczarowany ( byl w tej okolicy juz 3-ci raz,) rozczarowany tym, iż Florentyńczycy chcieli szybko wkroczyć w nowe czasy budując szerokie ulice, wielkie place, nowe domy, niestety niszcząc przy tym wiele średniowiecznych zabytków miasta, ale i tak wiele pozostalo do zwiedzania dla radości oczu tego, ktory lubi stare zabytki i ich historię, czego dowodem są Twoje obrazy.

    Milego weekendu Laudatte i kontempluj nasze oczy i wyobraźnię.:)

    Eliza

    • laudate44 Says:

      Elizo, ja po rekord Guinnessa nie sięgam (po piwo o tej nazwie czasem tak!) natomiast cieszę się, ze Ci moje domowe wypieki smakują 🙂
      PS. Przed chwilą wysłałem Ci maila na adres z końcówką „.be” 🙂

  6. Zbyniek Says:

    Ponieważ widzę że u Laudate zameldowali się wszyscy znajomi postanowiłem i ja dać znać że jestem obecny.
    „Do krainy baśni się nie wybieram chyba że przyjmiemy że chodzi o wyjazd do Polski”
    W Polsce jak i na całym świecie Nowy Rok już pędzi swymi dniami myślę że ich ubędzie coraz więcej do naszego spotkania.
    Opis Florencji jak zawsze u Ciebie wspaniały.

    • Eliza Says:

      Jak to Zbyńku to Wy macie spotkac się w Polsce i ja nic nie wiem?? Żartuję !! Ale miło byłoby Was poznac, przyznam :))

      Milej niedzieli

  7. Zbyniek Says:

    Elizo ja już miałem się przyjemność i zaszczyt dwa razy spotkać z Laudate który ma brata parę ulic od miejsca mojego zamieszkania w Głogowie.
    Mam nadzieję że i w ty roku się choć na krótko spotkamy z Tobą też bym się bardzo chętnie spotkał.
    Może to jeszcze za mojego życia nastąpi czego bym sobie życzył.

    • laudate44 Says:

      Zbyńku, miłe towarzystwo jest wartością samą w sobie i dobrze że to doceniasz. Do Głogowa pojadę w marcu. Dam wcześniej znać.
      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: