Siena – jak miło zabłądzić

Sienę polubiłem długo przed tym nim ją odwiedziłem. Wystarczyło trochę lektur, fotografii i relacji znajomych osób. Wiedziałem, że kiedyś tam pojadę i słowa dotrzymałem! Nie mogło być inaczej: w każdym tekście dotyczącycm renesansu (a to mój konik, jakby ktoś nie wiedział) pojawia się Siena, której bogactwo tak jak w przypadku Florencji stało się fundamentem wielkich cywilizacyjnych przemian w tamtej epoce. Nie ważne czy historycy omawiają zagadnienia życia społecznego, religijnego, ekonomicznego, czy też wojen, rywalizacji z innymi miastami-państwami lub wreszcie rozprawiają o architekturze i sztuce. Zawsze podkreślany jest olbrzymie znaczenie Sieny, która jako jedno z nielicznych miast na świecie mogła pochwalić się wkładem w rozwój architektury, sztuki i nauki począwszy od średniowiecza, przez renesans aż po barok. Uniwersytet Sieneński powstał w połowie XIII wieku, ponad 120 lat przed Akademią Krakowską. W biografii niemal każdego znaczącego artysty tamtych czasów znajdziemy epizod związany z Sieną, a to co po sobie pozostawili mistrzowie dłuta, pędzla i cyrkla świadczy o tym najlepiej i najpiękniej.

Po latach widać, że długotrwała rywalizacja z Florencją wyszła obu miastom na dobre Pod warunkiem, że przyjmujemy ściśle estetyczny punkt widzenia i przymykamy oko na mniej chwalebne fakty historyczne. Dla ofiar wojen i podbojów nic dobrego z tej rywalizacji nie wynikało. Kiedy wyczytałem jak w połowie XVI wieku Cosimo II Medici wespół z hiszpańskim królem Filipem podbili państwo-miasto Sienę i w krótkim czasie doprowadzili do jej upadku gospodarczego i drastycznego zmniejszenia populacji – byłem na nich zły, jakby wyrządzili mi osobistą krzywdę.

Zapomniałem jednak o swoich żalach, gdy znalazłem się wśród czerwonawo-rdzawo-brązowych murów. Zaskoczyły mnie w Sienie stromizny. Widziałem wcześniej trochę fotografii, nawet jakieś zdjęcia satelitarne, wiedziałem, że katedra stoi na najwyższym wzniesieniu, ale nie sądziłem, że różnice poziomów w obrebię starych murów są tak znaczne. Kiedy od jednej z bram miejskich, bramy Fortebranda chciałem dostać się w pobliże katedry skorzystałem ze schodów ruchomych. Takich schodów nie widziałem nigdzie, nawet w londyńskim metrze – sześć długich ciągów, na które kolejno trzeba „wstępować i zstępować” wiozło mnie na poziom wyższy o co najmniej 40 metrów. To daje pojęcie o stromiźnie, resztę dopowiedzą zdjęcia.

Siena rozlokowana jest na kilku wzgórzach, między którymi rozciągają się słabo zabudowane tereny oddane bujnej roślinności albo cmentarzom. Za to zabudowa najstarszej części miasta jest chaotyczna i nieokiełznana. Wysokie domy piętrzą się i panoszą, włażąc na siebie, jak rosnące dziko grzyby. Patrząc z przeciwległego wzgórza na zabudowę przypominającą kopiec termitów, można ulec złudzeniu, że domów tych nic nie oddziela. Trzeba zgadywać, czy w tej monolitycznej strukturze ścian i dachów jest miejsce na prawdziwe ulice czy może są tam tylko tunele.

Monolit zabudowy to jednak złudzenie: zakrzywione, krzyżujące się, biegnące po stromiznach uliczki są jak najbardziej realne, a spacer nimi to najprawdziwsza uczta dla turysty, uczta powodująca dreszcz i oszołomienie. Nie sposób zdecydować co bardziej zachwyca, czy różnorodność detali i rozwiązań architektonicznych czy właśnie cudowna harmonia kolorystyczna, zmyślne wytyczenie traktów, schodów, placów i zacienionych pasaży między budynkami. Nic nie jest przypadkowe, a jednoczesnie nic nie razi sztucznością – kształtowana przez stulecia tkanka miasta skrojona jest na ludzką miarę. Nie przytłacza lecz działa hipnotyzująco. Z tego labiryntu nie chce się wychodzić.

Indywidualne odkrywanie zaułków nieznanego miasta przynosi niespodzianki, bo miasto broni swoich tajemnic i płata figle, ale to jest to, co podróżne tygryski lubią najbardziej. Nie wyobrażam sobie dreptania za przewodnikiem prowadzącym grupę od punktu „a” do punktu „b” – wolę wałesać się bez szczególnego planu, za to w stanie wzmożonej czujności. Z tą czujnością nie przesadzajmy, czasem się człowiek zagapi, wejdzie nie w tę uliczkę w którą należało, wróci, wpakuje się w ślepy zaułek, po czym znajdzie jakieś urocze schody i wdrapie się na nie, choć prowadzą w całkiem inną stronę niż początkowo iść zamierzał. W samodzielną włóczegę wpisane jest ryzyko pobłądzenia. Dwa albo trzy razy wraca się w to samo miejsce szukając wyjścia z labiryntu, albo zagląda się w zaułki, w które nigdy nie zaprowadziłby nas miejscowy przewodnik. I o to chodzi! Jeśli coś się podoba, a w obrębie murów wszystko musi się podobać, dlaczego nie wrócić pod ten sam pałac, kolumnę czy pomnik? Dlaczego nie pokręcic się w kółko? W takim mieście błądzenie jest czystą przyjemnością!

W jednej z uliczek zwróciłem uwagę na łukowe przęsła zawieszone między domami. Było ich kilka, pieknie załamywały padające światło i tworzyły rytmiczny podział, który nie mógł ujść uwagi obserwatora z aparatem fotograficznym. Zrobiłem zdjęcia i byłem z nich dumny. Właściwie nadal jestem z nich dumny, choć później dowiedziałem się, że jest to jedna z najczęściej fotografowanych uliczek Sieny. Nie byłem więc zbyt oryginalny, ale jaki to ma znaczenie? W epoce turystyki masowej na oryginalność nie ma miejsca. Liczą sie tylko osobiste wrażenia, których żadne tłumy za plecami ani żadne biura podróży nam nie odbiorą. Świadomość, że wielu przede mną bywało w Toskanii i dzieliło sie wrażeniami nie działa zniechęcająco. Nie próbuję nikomu dorównać, niczego też nie moge zobaczyć czyimiś oczami. Tak się po prostu nie da: każdy skazany jest na siebie, na swoją wrodzoną wrażliwość, zdobytą wiedzę i wyobraźnię. Tego nie da się przeskoczyć: zrzęda zawsze zauważy dziurawe chodniki i zaniedbane podwórka; pięknoduch bedzie w tym czasie zadzierał głowę, aby na chwilę zatrzymać obraz promieni słonecznych odbijajacych się w gotyckich oknach siedziby najstarszego banku Monte dei Paschi di Siena. Albo położy się na nagrzanym bruku placu di Campo i drzemiąc będzie kontemplował swoją obecność w tym unikalnym miejscu, nie mającym odpowiednika w całym świecie.

Piazza di Campo jest obszerny i skąpany w słońcu. Władcy Sieny jako pierwsi w Europie zdeecydowali się na pozostawienie tak dużego placu bezpośrednio przed ratuszem (Palazzo Publico). Powody tego są niejasne, bardziej oczywiste były powody dla których rajcy miejscy Londynu, Paryża czy Florencji unikali pozostawiania zbyt dużej przestrzeni dla potencjalnych demonstracji i zbiegowisk zagrażających władzy. Pewne jest dziś, że miliony turystów co roku odwiedzających Sienę przychodzą na Campo demonstrować, ale jest to najbardziej pokojowa i serdeczna demonstracja jaką można sobie wyobrazić. Jakie mogą być żądania turystów? Jeśli już to całkiem banalne: „zachowajcie wszystko w tym samym stanie, pozwólcie nam cieszyć się urodą Sieny!”

Trzeba przyznać, że obecni gospodarze miasta wykazują szacunek dla estetyki: markizy kawiarni okalających di Campo utrzymane są w kolorach brązu, prawie ich nie widać na tle ceglanych ścian. Nie ma też żadnych reklam ani pstrokatych banerów. I bardzo dobrze!
Turyści, jeśli nie siedzą w cieniu kawiarnianych parasoli, „zalegają” bezpośrednio na nagrzanym bruku, bo tak jest wygodnie i bezpiecznie. Ruch kołowy jest zabroniony, nie ma nawet rowerów, bo po schodkach i stromiznach nie dałoby się nimi jeździć.

Siedzę w pobliżu fontanny Gaia, właściwie tuż obok niej, ale nie mam szans wsłuchać się w szmer pluskającej wody. Jest popołudnie, otacza mnie wielojęzyczny tłum, ludzie przemieszczają się nieustannie, jedni nabierają wody do butelek, inni kupują pamiątki i baloniki, dzwonią telefony komórkowe, przez gwar przebija się głośniejsze „pronto” lub „alora”, przechodzą hałaśliwe wycieczki szkolne, dzieci i dorośli jedzą lody, ktoś pcha wózek z niemowlakiem, spotykają się znajomi, witają się serdecznie i głośno, młody Cygan z akordeonem fałszując straszliwie zbiera swój dzienny utarg do kubka po kawie, czasem ktoś przystaje, zadziera głowę, żeby poptrzeć na wieżę, co godzina rozlega się donośny dźwięk dzwonu, jednak rozmowy nie milkną, odprężeni turyści dzielą się wrażeniami a wszyscy, wszyscy bez wyjątku robią zdjęcia. I jest ktoś, kto nic nie mówi tylko siedząc oparty o metalową barierką fontanny próbuje w notesie opisać tę manifestację zadowolenia na placu di Campo w Sienie.
Zauważam, że „miejsca siedzące” na placu zajęte są nierównomiernie: obszar nasłoneczniony jest raczej pustawy, gęściej jest w tych rejonach gdzie pada cień rzucany przez budynek Palazzo Publico i 100-metrową wieżę Torre del Mangia. Ci którzy przyszli wylegiwać się tu przez kilka godzin, muszą przemieszczać się razem ze Słońcem. Oczywiście w odwrotnym kierunku.

Fontanna Gaia nie jest może budowlą imponującą, na pewno wielkością nie dorównuje późnobarokowym fontannom rzymskim, a i w samej Sienie znalazłoby się wiele obiektów mocniej działających na zmysły. Liczy się jednak jej popularność i dostępność dla turystów. Znamienny jest fakt, że fontanna istnieje od ponad 600 lat. W mieście, które nie ma rzeki a wodę pitną „od zawsze” doprowadzają akwedukty o długości ponad 25 km! Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Polacy wespół z litewskimi poganami i Tatarami szykowali się do bitwy pod Grunwaldem, aby pokonać militarną potęgę Zakonu Szpitalników – mistrz Jacopo dela Quercia rzeźbił pierwsze marmurowe panele i posągi okalające fontannę. Siena nie miała problemów z Krzyżakami a państwo koscielne sprzyjało rozwojowi miasta, szczególnie w czasach, gdy w XV wieku papieżem był Pius II a potem jego siostrzeniec Pius III. Od ich rodowego nazwiska Piccolomini wzięla nazwę słynna biblioteka w katedrze, ale tam miałem wybrać się nazajutrz.

I jeszcze jedno: żadne inne miasto nie użyczyło swej nazwy kolorowi. Kto miał w ręku pudełko z farbami artystycznymi, wie o istnieniu koloru „siena palona”. Jest jeszcze wśród farb „błękit paryski” ale to jednak nie to samo: przymiotnik nie równa się rzeczownikowi. Zieleń Veronesa albo czerwień Etrusków to też tylko odcienie zasadniczych kolorów. A Siena palona jest jedna! I prawdziwa Siena zbudowana w średniowieczu i pokryta czerwoną toskańską dachówką też jest tylko jedna. Może trudno w to uwierzyć, ale krajobraz wokół Sieny nie zmienił się od 600 lat. Od sześciu wieków widzi się te same wieże, ten sam kontur budynków odcinający się od sielskiego toskańskiego krajobrazu. Przyjechałem tu, żeby sie pozachwycać i nie mówię wcale, że to takie wyjątkowe.
W Toskanii był przede mną Logos Amicus i pisał tak:
„Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.”

Zmęczony parogodzinnym łażeniem, rozsiadłem się oparty o barierkę szemrzącej fontanny, wpatruję się w podświetloną o tej porze sylwetkę Palazzo Publico; wsłuchuję się w gwar rozmów, nawoływań, dzwonków telefonów, wielokrotne grazie, alora, pronto i buona sera, zapadają mi w pamięć; gapię się na przechodzące kobiety, zakochane pary lub całe rodziny z dziećmi; przypominam sobie nazwę brązowawej farbki i powtarzam „Siena palona, Siena szalona”.
A bardziej szalony ten, ktory próbuje to miasto opisać…

http://www.paradoxplace.com/Perspectives/Italian%20Images/Montages/Siena%20&%20South/Siena.htm

Reklamy

Komentarzy 12 to “Siena – jak miło zabłądzić”

  1. Logos Amicus Says:

    Jeszcze i dzisiaj mogę przywołać wspomnienie piosenki, jaką usłyszałem, kiedy patrzyłem na Sienę z góry – z Torre del Mangia w Palazzo Publico: grupa dziewcząt ubranych w renesansowe stroje przemierzała tanecznym krokiem malownicze uliczki miasta, wesoło przy tym śpiewając. I wcale nie wyglądało na jakąś usilną atrakcję turystyczną 😉 Wręcz przeciwnie: sprawiało wrażenie czegoś bardzo autentycznego. Podobnie zresztą, jak autentyczne wydają się stare włoskie miasteczka.
    Dla takich choćby chwil warto zapuścić się do Toskanii.

    PS. Cieszę się, że mój skromny opis Sieny się spodobał i że uznałeś, że warto go przytoczyć w Twoim tekście.
    A jakby ktoś chciał obejrzeć więcej obrazków z malowniczej Toskanii, to zapraszam tutaj:

    http://swiatowid.bloog.pl/id,6290965,title,TOSKANIA-KRAINA-SLONCA-WINA-I-SZTUKI,index.html

    Pozdrawiam

  2. Ben Franklin Says:

    Witaj Laudate! Bardzo miło jest, buszując w czeluściach sieci, zabłądzić i wpaść tutaj do Ciebie, aby poczytać takie wpisy. Pozdrawiam.

  3. Onibe Says:

    cudowne miejsce, pokochałem je z fotografii
    kiedyś, kiedy tam dotrzemy osobiście i fizycznie, spodziewam się miłość ową utwierdzić

    • laudate44 Says:

      a to fajnie, że was dopadł zaraźliwy „bakcyl” 🙂
      PS Co to jest ten bakcyl – nie wiem. Powtarzam po innych.

      Może ktoś wyjaśni, skąd on się wziął i czy to nie jakiś szatański wirus?

  4. Tetryk56 Says:

    Piękne zwiedzanie! Już w tej opowieści i linkach można zabłądzić na długo! 🙂

    • laudate44 Says:

      To prezent mikołajkowy dla Czytelników: trochę letnich wspomnień na grudniowe długie wieczory!
      Jak się domyślasz, ciag dalszy nastąpi – z Sieny tak łatwo się nie wyjeżdża… 🙂

  5. wiedźma Says:

    Napisałam tekst, ale go nie widzę…. powtórzyć ? 🙂 o kolorze Sieny, o Palio o żywym mieście w starych murach…
    Dziękuję Laudate. Chciałabym jeszcze tam wrócić….

    • laudate44 Says:

      Nie ma Twojego tekstu Wiedźmo. 😦 Nawet w pudełku ze spamem…
      Jeśli masz czas, napisz raz jeszcze… a spełni się Twoje życzenie powrotu do Sieny. 🙂

  6. Siena odkrywa tajemnice « Laudate Says:

    […] po Sienie opisane w poprzednim odcinku trwało tylko jedno popołudnie. Następnego dnia kupiłem bilet do muzeum i zacząłem bardziej […]

  7. Monteriggioni Says:

    Oj, ten bakcyl sieneński jest bardzo zaraźliwy i nie odpuszcza, byłam w Sienie 10 razy, każdy pobyt to przynajmniej tydzień i jestem od tego miejsca totalnie uzależniona, co więcej ten stan się nasila po każdym powrocie. Trafiłam na tego bloga przeszukując sieć „na okoliczność” informacji i zdjęć o Toskanii i Sienie, chcociaż sama mam ich tysiące, ale to ogromnie miło widzieć, że inni czują tak samo. Sienę pokocha każdy, pod warunkiem, że nie będzie to turysta jedniodniowy albo kilkugodzinny, wleczony za parasolką albo innym słonecznikiem przewodnika… Polecam wszystkim Palio, trzeba to przeżyć, to jak pasowanie na Sieneńczyka. Wrócę tam w kwietniu a do tego czasu będę oglądać zdjęcia, czytać toskańskie blogi i grzać się chianti do włoskich kolacji czekając na wiosnę i powrót do Sieny…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: