Tańczący z meduzami

Nie jest tajemnicą, że wyprawa do Italii wynikła z fascynacji sztuką renesansu. A to zainteresowanie obudziły we mnie liczne lektury i pierwszy, dość przypadkowy pobyt w Wenecji. Miasto na wodzie oczarowało mnie i jednocześnie zaskoczyło: poczułem, że nie znając jego historii, nie jestem w stanie w pełni docenić urody Wenecji. Być może jest to odczucie subiektywne, w każdym razie było ono impulsem do wielu lektur (później wpisów blogowych) o włoskiej sztuce i w naturalny sposób prowadziło do kolejnego wyjazdu.
Jadąc do Lukki, Sieny i Florencji – byłem już znacznie lepiej przygotowany i ciągle starałem się wiedzę wzbogacać. Wiem, można się bez niej obejść, jednak wyznaję zasade, że nie wystarczy coś widzieć, trzeba jeszcze rozumieć, na co się patrzy.

W poprzednich opisach „italiańskiej wałęsy” wspominałem, że to chęć ujrzenia skarbów renesansu była tym najważniejszym bodźcem do podróży. Ale przecież nie popadłem w fiksację na tym tle i podróżując po Toskanii nie pozostawałem obojętny na inne atrakcje ziemi włoskiej.
Lukka, którą opisywałem jako miejsce idealne do nieśpiesznych spacerów, wygrzewania się w słońcu i zapuszczania się w cieniste zaułki pamiętajace czasy Bizancjum nie jest „perłą renesansu” w takim znaczeniu jak Florencja. Jeszcze mniej renesansowe jest nadmorskie Viareggio, typowy kurort z główną ulicą biegnącą równolegle do plaży, skupiskiem hoteli, pensjonatów i restauracji. Budynki hotelowe powstawały w różnych czasach, najczęściej udają coś czym nigdy nie były, stanowią przykład eklektyzmu i schlebiania najgorszym gustom.
Pod koniec września było już własciwie po sezonie, ale upalna pogoda i możliwość kąpieli w morzu pociagnęła mnie właśnie w tamtą stronę. Szpetota miasteczka i brak tłumu turystów wcale mi nie przeszkadzał. Uznałem, że zanim stanę oko w oko z arcydziełami sztuki należy mi się trochę odpoczynku. Poszedłem prosto na plażę.

Tam nuda i nudyzm. Kobiety opalają się topless, ciemnoskórzy sprzedawcy prowadzą handel obnośny, skośnookie Tajki proponują masaż leczniczy, słońce grzeje, fale leniwie rozścielają się na piaszczystej plaży. Nuda jakiej mi potrzeba. Po orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie meduz (te bezmózgie cholery nie boją się ludzi i nie uciekają – za to parzą. W wodzie tego nie czuć, ale po chwili skóra swędzi jak dotknięta pokrzywą.) i małym spacerze po plaży z której widać marmurowe szczyty Alp Apuańskich wracam do książki, która ma mnie uchronić przed frustracją z powodu nie rozumienia tego co zobaczę.

We florenckim Muzeum Uffizi, do którego miałem dotrzeć za parę dni znajduje się m.in. tryptyk Portinarich – obraz ołtarzowy autorstwa Hugo van der Goes’a namalowany w Gandawie (obecnie Belgia) na zamówienie florentyńczyka Folco Portinariego. Pierwszą ciekawostką jest to, że pobożny (może dręczony wyrzutami sumienia, a może tylko próżny) bankier Portinari i jego rodzina są przedstawieni na obrazie pośród świętych, aniołów i nagiego Dzieciątka leżącego na ziemi i odbierającego hołdy. Kiedy obraz dotarł do Italii pod koniec XV wieku i został umieszczony w jednym z florenckich kościołów wzbudził wielkie zainteresowanie, bo tam zwyczaj malowania postaci fundatorów na obrazach religijnych należał już do przeszłości. Domalowywanie małych figurek na pierwszym planie u stóp głównych bohaterów przedstawianego wydarzenia było zwyczajem zakorzenionym w sztuce krajów północnych. Wg malarzy włoskich kłóciło się z zasadami perspektywy, których jako zdobyczy ostatnich dziesięcioleci przestrzegano dość rygorystycznie. Jednocześnie Florentyńczycy docenili kunszt malarski van der Goes’a, wrażenie zrobiła na nich dbałość z jaką malował szczegóły. Precyzja w odwzorowaniu szczegółów była znakiem rozpoznawczym mistrzów flamandzkich.

Sprowadzeniu obrazu z Gandawy do Florencji towarzyszyły specjalne środki ostrożności. Zapobiegliwy Portinari bał się jego utraty, bo znał historię innego obrazu, który dziesięć lat wcześniej zamówił inny bankier Angelo Tani. Tamto dzieło, które wyszło spod ręki mistrza pochodzącego z Niemiec nigdy nie dotarło do Florencji, bo przewożący go okręt został napadnięty przez najemników Ligi Hanzeatyckiej i zabrany do Gdańska. Jest tam do dziś. To słynny „Sąd Ostateczny” – Hansa Memlinga, duma gdańskiego oddziału Muzeum Narodowego (kopia w Bazylice Mariackiej). Podobno właściciele przez wiele lat domagali się od Ligi jego zwrotu. Jak widać, bezskutecznie.

To jest ta druga ciekawostka, o której czytałem grzejąc się w słońcu Viareggio. Pełen satysfakcji z kolejnego małego odkrycia, ponownie ruszyłem ku morzu, żeby korzystać z uroków lata. Pływanie z meduzami nie jest może tak miłe jak taniec z wilkami, ale pokusa morskiej kąpieli jest zbyt silna, żeby się jej oprzeć z powodu galaretowatych stworzonek. Rozgarniając je rękami podczas pływania wmawiałem sobie, że kontakt z nimi ma działanie immunologiczne i że uodporni mnie na inne paskudztwa. Naturalne poczucie wstrętu zastąpiłem więc podszytą zabobonem autosugestią, świadom jaka spoczywa w niej siła. Tak dotrwałem prawie do zmierzchu, lecz zanim wróciłem do Lukki, która była moja bazą wypadową, omal nie stałem się właścicielem zegarka Rolex. Nie, nie leżał w piasku. Przyniósł go Murzyn, jeden z tych „leżakokrążców” (analogicznie do „domokrążców”) sprzedających plażowiczom różne drobiazgi, od okularów słonecznych, przez damskie torebki, kapelusze, klapki i breloczki aż po luksusowe zegarki. Akwizytorzy są dość natarczywi i żeby ich skutecznie zniechęcić najlepiej nie pytać o cenę, nie okazywać zainteresowania, w ogóle nie podnosić wzroku. Długo trzymałem się tej zasady, ale sprzedawca Rolexów miał wyjątkowo przyjemne i inteligentne oblicze, więc zagadnąłem go krótkim how much?
– „90 euro”
„Ej, co to za Rolex za 90 euro?”
– „Oferta specjalna… od włoskiej mafii. Wiesz jak to działa. Moge ci sprzedać taniej. Ile dasz?”
– „Nic nie dam, bo nie potrzebuję takiego zegarka. Wiesz kolego, jeszcze ktoś pomyśli, że jestem bogaty i mnie napadnie.”

Do Lukki wróciłem zatem bez Rolexa, za to z poczuciem, że mimo jego braku jestem jednak szczęściarzem. Nazajutrz miałem dojechać do Sieny, byłem zdrowy, wypoczęty, a wkoło niemal wszystko mi się podobało. Krajobrazy, architektura, jedzenie, śpiewna mowa i rowerzyści sunący wąskimi uliczkami. Podczas gdy niektórzy rodacy w kraju zastanawiali się na jaka partię oddać głos w wyborach, ja dokonywałem wyborów jedynie między ravioli, gnocchi i tortellini. Czyż to nie komfort?
Była jedna rzecz, która mnie w zachwyt nie wprawiała: skutery robiące hałas pod oknem o świcie. O, porannych skuterów zdecydowanie nie lubiłem. Były gorsze niż meduzy.

P.S.
Życie jest jednak pełne niespodzianek: kilka dni temu na gg pojawil się dawno nie widziany przyjaciel z Warszawy. Odezwał się zaczepnie słowami „Buon Giorno”. Zapytałem „skąd wiesz?” Odpowiedział „co wiem?”
-„Że parę tygodni temu wróciłem z Włoch”
– „Nie, to ja wczoraj wróciłem z Włoch!”
Okazało się, że mój serdeczny znajomy, z którym przez pewien czas mieszkałem na kwaterze w Dublinie, nie wiedząc o mojej wyprawie (bloga nie czyta, łobuz jakiś) wybrał się do Mediolanu, Rzymu i miast Toskanii, gdzie dosłownie chodził po moich śladach. W Viareggio nie był i nie oglądał gór od strony morza, ale za to zwiedzał Lukkę, podzielił mój zachwyt nad jej murami obronnymi i labiryntem uliczek. Był też na wieży Torre Guinigi, na której rosną dęby i którą już tu pokazywałem na fotografii. I najważniejsze: wszedł na tę wieżę ze swoją dziewczyną a zszedł już z narzeczoną, bo tam, mając widok na zielone wzgórza i czerwone dachy miasta oświadczył się jej wręczając pierścionek ze szlachetnym oczkiem. Znając go, nie zdziwiłem się, że wybrał takie romantyczne miejsce, ale czyż to nie wzruszająca historia?
A przy okazji: może powinienem zacząć pisać scenariusze do telenowel?


Tryptyk Portinarich – Hugo van der Goes


Sąd Ostateczny – Hans Memling

Plaża w Viareggio po południu – Laudate44

Meduza – wikipedia.pl

Reklamy

Komentarzy 26 to “Tańczący z meduzami”

  1. wiedźma Says:

    Wiesz Laudate…. to już się staje banalne, ale dziękuję za bardzo fajne opowiadanie…. Cóż poradzę, że mnie urzeka swobodna narracja, szczypta ironii i mnóstwo wiadomości. Historia „Sądu Ostatecznego” to prawdziwe odkrycie jak dla mnie
    Czy mogę liczyć na więcej ?:)

    • laudate44 Says:

      Telenowele zazwyczaj mają jakiś ciąg dalszy… 🙂 i kończą się happy endem.

      • wiedźma Says:

        Szanpwny Autorze…… proszę nie wymyślać perełkom od telenoweli 🙂

      • laudate44 Says:

        Dobrze, ale jak w następnym odcinku pojawi sie Kevin Costner lub Pamela Anderson, to proszę nie marudzić… 🙂
        A swoją drogą, gdzie jest Tetryk???
        Zapuszkowali go po „Marszu Niepodległości”? 🙂

      • Tetryk56 Says:

        Nie ma obaw, siedzę sobie w cieple w domku…
        Nie zawsze się odzywam, choć zawsze czytam z przyjemnością – monotonia chwalenia też może być odbierana jako nuda 😉
        Co do telenoweli – sprzedać scenariusz zawsze warto, tylko nie zdziw się, jeżeli nie poznasz go po zrealizowaniu 😆

  2. wiedźma Says:

    Kevina Costnera sprzed paru lat ? bardzo proszę. Pamelę zostawię mniej wybrednym panom. 🙂

  3. marzatela Says:

    „Sądu Ostatecznego” nie oddajemy – sprawa przedawniona. Już i tak były problemy, gdy jakiś czas temu „pożyczyła” go Warszawa i były problemy z powrotem.
    Przypomniałeś mi, że od dłuższego czasu wybieram się do Muzeum Narodowego i zawsze cos mi wypada. Muszę się zmobilizować 🙂
    A w Kościele Mariackim już nie „Sąd Ostateczny” jest główną atrakcją, a „dzieło” bardziej współczesne:

    http://mojemiastogdansk.blox.pl/2010/11/Pomnik-nie-taki-straszny.html

    • laudate44 Says:

      Dzięki Marzatelo za link do pomnikowego koszmaru. Jeśli kiedys znowu pójdę do gdańskiej bazyliki, będę uważał, aby się na niego nie natknąć :).
      6 metrów wysokości!
      Pyszałki! Barbarzyńcy!

      • marzatela Says:

        Abp Głódź lubi rozmach 🙂
        Na jednym z nowych osiedli chiał wybudować replikę rzymskiej bazyliki Św.Piotra. Z tamtych planów nic nie wyszło, wyłoniony w wyniku konkursu projekt na znacznie mniejszą skalę nie spodobał mu się i teraz trwają przepychanki.
        Mieszkańcy chcą usług i przedszkola, nie kolejnego kościoła w okolicy.

    • wiedźma Says:

      Marzatelo, czy ta postać z piką, (?)lancą (?) to integralna część tego wachlarza ?

    • Eva70 Says:

      Wszystkie pomniki powstałe z inspiracji generała-arcybiskupa Głódzia są tak koszmarne, bo taki ma gust ten hierarcha, pewnie ukształtowany pod wpływem „sztuki” odpustowej w podlaskiej parafii, skąd pochodzi i wśród polskiego duchowieństwa jest to reguła a nie wyjątek. W Warszawie zostawił po sobie aż dwie podobne „pamiątki” – pomnik ks. Ignacego Skorupki przed praską katedrą i pomnik praskiej orkiestry podwórkowej na rogu ul. Floriańskiej i ul. Kłopotowskiego. Pewnie się przyjaźni z reźbiarzem Andrzejem Rennesem, bo wszystkie swoje pomniki zamawia u tego artysty, który zresztą jest również autorem pomnika kardynała Wyszyńskiego przed warszawskimi Wizytkami. Prawdopodobnie, zamawiając te pomniki, gdański hierarcha czuje się jak jaki Wawrzyniec Wspaniały, a artysta dłuta jak, nie przmierzając, jaki Michał Anioł. Tolerancyjna postawa władz świeckich w sprawie psucia zabytków i krajobrazu podobnymi „dziełami sztuki” jest karygodna i zupełnie niezrozumiała i bardzo rzadko słychać głosy krytyki i nikt nie protestuje. I w tej dziedzinie Kościół robi co chce.

  4. SAWA Says:

    w telenoweli to brał udział twój znajomy, a ty choć po tych samych uliczkach, to jednak chadzałeś po muzealnych ścieżkach 😉
    Wielkie dzięki

  5. laudate44 Says:

    Dla porównania z polską wersja obchodów Narodowego Święta krótki pokaz slajdów z tegorocznej parady Św. Patryka w Dublinie.
    Świętują miejscowi i cudzoziemcy (emigranci), lewicy i prawicy nie widać.
    http://www.irishtimes.com/indepth/slideshows/patricks-2011/
    (trzeba kliknąć START)

  6. marzatela Says:

    Protestuję – w Gdańsku było rodzinnie, odświętnie i wesoło:
    http://mojemiastogdansk.blox.pl/2011/11/Gdanska-Parada-Niepodleglosci.html

    • laudate44 Says:

      Ależ nie ma przeciw czemu protestować. Nie pisałem, że w Gdańsku było nierodzinnie… 🙂
      Jak wiemy, w stolicy było troche inaczej, więc pokazałem pozytywny przykład ze swojej stolicy, bo może Czytelnicy nie dowierzają że podczas patriotycznej parady może być wesoło, tanecznie, śpiewnie i bez faszystowskiego zadęcia.
      W paradzie co prawda brał udział Frankenstein, ale nie było Dmowskiego 🙂

  7. Zbyniek Says:

    A w Sieradzu ma być pomnik JPII jako pozytywka która będzie głosiła homilie ciekawe ile trzeba będzie wrzucić do tego Papabankomatu

  8. wiedźma Says:

    Trafiła mi w ręce „wenecja Vivaldiego” napisana przez Laurel Corona. Pojęcia nie masz, jak jestem ciekawa Twojej opowieści o Wenecji tamtych czasów 🙂

    • laudate44 Says:

      Wiedźmo, gratuluję lektury.
      Wenecja dawnych i nowszych czasów może być baardzo inspirująca. Vivaldi, zwariowany ksiądz który żył z dwiema kobietami i podróżował po Europie, też znakomity temat na opowieść.
      Ale na razie – do czasu kolejnej wizyty tamże – nie będe pisał o Wenecji. Tyle toskańskich tematów czeka w brudnopisie, a ja nie mam czasu ich opracować… 😦

  9. Po nitce do Brugii « Laudate Says:

    […] się po szerokich schodach, a ze szczytu można oglądać panoramę miasta i okolic. Już kiedyś o Lucce pisałem, mam nawet stamtąd pamiątkowy zeszyt, w którym robię notatki na potrzeby bloga. Tak więc, […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: