Lukka – arie i historie

W Lukce nie spotkałem Etrusków ani nie trafiłem na muzeum z pozostałościami po tej kulturze. Widziałem za to Madonnę na rowerze. Od razu wyjaśniam, że nie mam na myśli amerykańskiej piosenkarki, ani nie próbuję wciskać Wam kitu, że „mi się matka boska ukazała”. Wyjaśnienie jest prozaiczne: napatrzyłem się na taką ilość religijnych obrazów z tabunami aniołów, proroków, królów i świętych obojga płci, że ich rysy twarzy, charakterystyczne dla malarstwa gotyckiego zapadły mi pamięć. Więc nic dziwnego, że kiedy dziewczyna o podobnej twarzy nadjeżdżała rowerem z naprzeciwka, przez sekundę miałem wrażenie, że to jedna z tych Madonn zeszła z obrazu i pedałuje po ścieżkach słonecznej Lukki. Ale to był zwid i to krótkotrwały. Tylko że widziałem tę samą dziewczynę parokrotnie, za każdym razem inaczej ubraną. Widocznie zeszła z innego obrazu, żeby mi sie ukazać powtórnie.

W poprzedniej notce nie wspomniałem o jednej ważnej rzeczy dotyczącej Lukki. Ale najpierw zagadka. Czy pamięta ktoś, co Luciano Pavarotti śpiewał na otwarciu zimowej Olimpiady w Turynie? Albo czym Paul Pots – zwycięzca brytyjskiej wersji „Mam talent” oszołomił jurorów i publiczność?
Obaj wykonywali tę samą arię z opery Giacomo Pucinniego „Nessun dorma”.Nuciłem sobie te arię spacerując po Lukce, bo właśnie Lukka jest miejscem urodzenia wielkiego kompozytora. Trudno to przeoczyć, po murach obronnych i rowerach Puccini jest kolejnym „obiektem” nadającym tożsamość Lukce. Przed domem rodzinnym Pucciniego stoi jego pomnik, w jednym z kościołów odbywają się koncerty jemu poświęcone, a w co drugim hotelu, restauracji czy barze obowiązkowo wisi portret Pucciniego. Również sklepy z pamiątkami przypominają o sławnej postaci urodzonej w tym mieście. Breloczki, długopisy, kalendarzyki, notesiki, ołówki, magnesy na lodówkę i pewnie ze sto innych gadżetów zawiera podobiznę Pucciniego. Nie jestem wrogiem opery, aria O mio babino caro jest słodka jak cukierek, rozumiem też zasadę podaży-popytu, ale ta pucciniomania stawała się męcząca. I zupełnie niepotrzebna. Wenecja nie afiszuje się tak przesadnie z Vivaldim. Podobnie Lukka, która jest wystarczająco atrakcyjna aby nie musieć tak bezczelnie chwalić się sławnym rodakiem. Poza tym umieszczanie podobizny Pucciniego na zapalniczkach i popielniczkach wydało mi się grubą niezręcznością. Jak wiadomo kompozytor zmarł na raka krtani wywołanego nałogowym paleniem cygar i papierosów. Nawet na pomniku zamiast karty z nutami trzyma w ręku cygaro.

Na szczęście w pensjonacie, w którym się zatrzymałem nie było żadnych portretów Pucciniego, właścicielka nie śpiewała jak Madama Buterfly ani nawet jak Tosca. A to dlatego, że… była od innego kompozytora. Na imię miała Aida, czyli tak jak tytuł opery Verdiego, tej samej, którą młody Puccini obejrzał w nieodległej Pizie i postanowił, że pójdzie w ślady Mistrza. Piękna historia, ale nie zachęciła mnie do pójścia na wieczorny koncert arii Pucciniego. Takie składanki szykowane z myślą o turystach na ogół nie trzymają poziomu – lepiej w zaciszu domowym posłuchać płyty.

Ciekawsza okazała się historia pani Aidy, której powiedziałem jakie mam plany na następny dzień. Gdy usłyszała nazwę miasteczka, do którego się wybierałem, machnęła ręką: „aj, Garfagnana, przereklamowana, tam niewiele jest. Jedź lepiej do Bargi, też w górach, troszke w bok od głównej trasy, zobaczysz że nie pożałujesz. Ja się w Barga urodziłam. Siedemdziesiąt lat temu, podczas wojny. Moja rodzina mieszkała od pokoleń w Lukce, ale lotnisko w Pizie było wtedy lotniskiem wojskowym i ostrzegano ludność, że mogą być bombardowania i że Lukka też jest narażona. Więc rodzice uciekli w góry, mieli tylko dwoje dzieci a ja się urodziłam już tam. Jak pojedziesz do Bargi, zobaczysz katedrę, w której zostałam ochrzczona. To bardzo stara katedra, piękna wewnątrz, a z dziedzińca masz piękny widok na góry.

Wojna się kończyła i ojciec postanowił wrócić do Lukki, żeby dopilnować domu i na nowo otworzyć sklep, ale nie było to łatwe, bo nie było mostów. Droga z Bargi biegnie wąwozami, wzdłuż rzeki i czasem tę rzekę przecina, a mosty były zburzone. Tylko jeden ocalał – zabytkowy Ponte Diavolo, a to dlatego chyba, że jest bardzo wąski i długi, więc lotnicy mogli uznać, że to jakaś kładka albo celowo go oszczędzili. No ale jeden most to za mało. Pozostałych brakowało, więc furmanką nie dało się jechać. Ojciec spakował dobytek na rowery, on prowadził jeden, matka drugi, rzeki pokonywaliśmy w bród, starsze rodzeństwo też szło, a ja miałam 3 latka, byłam za mała żeby iść samodzielnie i za duża, aby mnie matka niosła. Ojciec wynajął specjalnego faceta i on mnie przyniósł owiniętą w kocyk, idąc ponad 40 kilometrów po zniszczonych drogach. Mówili mi jak ten tragarz się nazywał, ale już zapomniałam, a powinnam chyba pamietać. Po wojnie, jak te mosty odbudowano, jeździliśmy do Bargi na wakacje. O tej porze roku nie ma już za wielu turystów. Bardzo ciche miasteczko i z Lukki kursuje tylko jeden autobus dziennie. Nie możesz się spóźnić na ten powrotny, bo nie będziesz miał czym wrócić.”

Ponte del Diavolo(zdjęcie z Internetu)

A to już Barga. Jak widać uległem sugestywnej pani Aidzie i pojechałem. Obejrzałem romańską katedrę z unikalną kazalnicą, powałęsałem się po niemal bezludnym miasteczku i cieszyłem oczy widokiem na Góry Apuańskie. Autobusu nie przegapiłem.

Reklamy

Komentarzy 6 to “Lukka – arie i historie”

  1. laudate44 Says:

    Zdolny był Puccini, trzeba przyznać

  2. wiedźma Says:

    Dobry wieczór ! Z operą to tak, że bez znajomości libretta kiepsko mi wychodzić słuchanie…..:) zawsze mnie fascynowało powstawanie arii… tych muzycznych pereł .
    Tandetne gadżety dla turystów, ” pamiątki” to cały dość paskudny biznes i widać opłacalny, skoro wszędzie tego pełno.
    A jeszcze gorsze. niż Puccini tu i tam, są pamiątki z „miejsc świętych”..
    ps. Ładna była ta Madonna na rowierze ?:)

    • laudate44 Says:

      Kurtuazyjnie powinienem odpowiedzieć, ze wszystkie Madonny są ładne. A ta rowerowa miała twarz pociągłą, wysokie czoło i przy tym małe usta – jak z obrazu Giotta.
      PS. Libretto do Nessun dorma podam przy okazji. Mam gdzieś angielskie tłumaczenie…, ale zbyt dużo bym nie oczekiwał. Libretta są na ogół rzewne i kiczowate. Nie bez powodu tandetne seriale TV nazywa się „operą mydlaną”.

      • wiedźma Says:

        Swego czasu były wydawane różne takie przewodniki…. operowe, koncertowe i teatralne. Chętnie z nich korzystam, bo przynajmniej wiem czego się spodziewać… Operowego jednak nie mam, bo tez i opera w moim Szczecinie jest bardzo taka sobie. . A jeśli idzie o operę, to trudno chyba sobie wyobrazić bardziej ” sztuczną sztukę”…. i czasem myślę, że całość jest po to, by tym piękniej zabrzmiały arie:)

      • Tetryk56 Says:

        Etymologię wyrażenia „opera mydlana” ostatnio ciekawie wyłożył komerski: http://komerski.pl/2011/10/opera-mydlana/

  3. wiedźma Says:

    Dzięki za link Tetryku…. 🙂 prawdziwej operze pan Komerski przywraca godność :), a my przy tej okazji sie dowiadujemy, że….. nie wiemy co mówimy. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: