Wspomnienia, skojarzenia

Pamiętacie film „Pożegnanie z Afryką”? Rozpoczynają go zdjęcia afrykańskiego krajobrazu oraz słynne zdanie głównej bohaterki „I had a farm in Africa”. Film jest klasykiem a jego osią jest nostalgia – stan znany większości dorosłych ludzi, którzy zdążyli już gdzieś być i coś mieć, choć niekoniecznie była to farma na kenijskiej równinie. Pamięć ma tę cudowną właściwość, że potrafi dokonywać selekcji i przywoływać wyłacznie dobre lub wyłącznie złe obrazy z przeszłości.

Przywołałem ten słynny film, ponieważ dzisiejszy wspomnieniowy wpis również chciałbym jakoś godnie zacząć. Może tak: kiedyś, na wsi pod Lublinem miałem stolarnię. Nie śmiejcie się! Dla mnie jest to wspomnienie równie odległe i egzotyczne jak dla Karen Blixen farma w Afryce. Strugałem tam jakieś mebelki, drzwiczki i blaty dla zaprzyjaźnionej restauracji, wykonywałem elementy dekoracji dla zakładu fotograficznego i inną drobnicę na zamówienie. Stolarnia mieściła się na terenie rozległej posesji, w budynku który pierwotnie był kurnikiem, potem ktoś hodował w nim konie, następnie ktoś inny wyrabiał trumny aż wreszcie zaczął być magazynem wszystkiego i podręcznym składzikiem dla własciciela, który imał sie różnych sposobów wiązania końca z końcem.

Stałym gościem gospodarza był przyjeżdżający z sąsiedniej wioski na rowerze Heniuś, człowiek na oko 35-letni, prawdopodobnie z lekkim niedorozwojem umysłowym, traktowany przez mieszkańców wsi z pobłażaniem, ale bez pogardy. Jego pogodne usposobienie i szczerość zjednywały mu powszechną sympatię. Też go lubiłem. Gdy miałem coś cięższego do wyładowania z samochodu zawsze mogłem się do Heniusia zwrócić, a on nie odmawiał pomocy wiedząc, że dostanie kilka lub kilkanascie złotych na bieżace potrzeby. Jakie to były potrzeby, niech pozostanie naszą głęboką tajemnicą, podpowiem tylko, że wiejski sklepik był całkiem niedaleko. Czasem Heniuś, który naprawdę nazywał się Kazimierz Staszewski (serio!) sam przychodził do stolarni z sakramentalnym pytaniem „Ni mosz ty czego do roboty, bo by mi się na piwo przydało?”

Nawet jak roboty nie było, to Heniuś nie wychodził z pustymi rękami, a bywało że zrobił zakupy i dla mnie.
Siedziałem kiedyś na schodkach, grzałem się w wiosennym słońcu i jedząc kanapkę, nieświadomie marzyłem o czasach, gdy zamiast patrzeć na wiejskie podwórko obsrane przez gęsi, bedę spacerował po ulicach Dublina, mostach Londynu, placach Wenecji i wsłuchiwał się w gwar wielojęzycznego tłumu a ta pełna kurzu stolarnia stanie się tylko egzotycznym wspomnieniem. Przysiadł się Heniuś, już po wizycie w sklepie ale jeszcze nie pijany. Rozmowa zeszła nam na tematy egzystencjalne i zażartowałem nawet, że myślę o kupieniu od gospodarza jednej z trumien, które zalegały w kącie warsztatu jako pozostałość po poprzedniej upadłej zresztą produkcji.
Heniuś początkowo nie zrozumiał po co mi ta trumna, a kiedy zajarzył, zapytał oburzony: „No czyś ty zgłupioł?”
Uśmiechnąłem się: „Wszyscy umierają, to i ja kiedyś umrę…” Heniuś przerwał mi stanowczo „Ale jo do tego nie dopuszczę!”

Tym mnie Heniuś rozbroił, za jego serdeczną troskę odpłaciłem godnie kilkoma kolejnymi piwami, choć równie dobrze mogło to być wino Cavaliere sprzedawane w litrowych kartonach. Po podgrzaniu z cukrem było całkiem przyzwoite w działaniu.

Zapytacie, dlaczego przypomniał mi się ten epizod i czy to ma związek z kolejnymi przemyśleniami egzystencjalnymi. Otóż nie, chodzi mi bardziej o rozczulającą naiwność Heniusia, który przez chwilę uwierzył w to, że może „nie dopuścić” do mojej śmierci. Ta szlachetna postawa wioskowego, za przeproszeniem, głupka przypomniała mi się wczoraj, gdy usłyszałem co podczas telewizyjnej debaty o infrastrukturze i budownictwie mówił Bogusław Liberadzki z SLD.
Otóż były minister stwierdził: „Nie zaakceptujemy tego, że metr mieszkania kosztuje 7 tys. zł; przy budowie drogi powinno się pracować na trzy zmiany…”

Do wczoraj sądziłem, że to Heniuś jest tym najbardziej naiwnym jakiego świat widział.

Początek filmu z niezapomnianą muzyką Johna Barry’ego

Reklamy

Tagi: ,

komentarzy 19 to “Wspomnienia, skojarzenia”

  1. Onibe Says:

    już 7 tysięcy kosztuje metr? Hmm… z tego co mi wiadomo, to głównie w Warszawie. Łódź i okolice: nowe lokum da się kupić za 4 koła. Czyli… już nie dopuścili! Cud i to przedwyborczy 😉

    a polityków do Heńka bym nie porównywał. On wierzył w to co mówił, oni mylą odbyt z ustami i kłamią w żywe oczy. Taki zawód, takie zapotrzebowanie społeczne – ot co!

    i jeszcze jedno: z ukłonem niskim witam Kolegę niemal po fachu 😉

    • Laudate44 Says:

      Onibe, fachów ci u mnie dostatek. Z niejednej dziupli miód wybierałem 🙂
      A Heniusia zachowuję w życzliwej pamięci, bo jak widać jego obietnica wciąż działa! 🙂

  2. marzatela Says:

    Fascynujący wpis, czytałam prawie na bezdechu, a Ty nagle Liberadzkim …
    Właściwie wcale mnie nie dziwi takie spojrzenie SLD. Przecież doświadczalnie przez cały PRL tak postępowano: I Sekretarz mówił jak ma być i rzeczywistość dostosowywano. Jak trzeba – nawet malując trawę.

    • Laudate44 Says:

      Pisałem dziś trzymając sie złotej zasady trenera Stamma: doskocz, przypie…, odskocz! 🙂

    • Onibe Says:

      mój kochany rodziciel w czwartej nadwiślańskiej służył, co to rząd chronili. Jemu się nawet grzyby zdarzało przesadzać w okolice ścieżek, którymi nadtowarzysz podążać zwykł, coby miał lepsze przekonanie o grzybności lasów polskich…

  3. Roman Strokosz Says:

    Nie wazne co ile kosztuje!. Laudate doskonale przywolal kwestie ceny naiwnosci. JAkze to dzisiaj aktualne dla wszystkich Polakow w kraju nad Wisla.
    Czy mozna postawic znak rownosci pomiedzy cena naiwnosci a cena wiary?
    Zastanowcie sie wszyscy, a czas ku takiemu zastanowieniu nader właściwy.
    LAudate – jestes mistrzem !

  4. wiedźma Says:

    Piękny film, cudowne krajobrazy, doskonałe role Meryl Streep, Roberta Redforda i Brandauera…..to jeden z tych nielicznych filmów, które oglądałam kilkakrotnie. Co prawda Karen Blixen uczciwiej przedstawiła sytuację Kikujusów….. ale widzowie lubią piękne zakończenia i jakże szlachetne gesty 🙂
    Cieszę się, że Twój Henio miał poczucie nieśmiertelności…..i wierzył w Ciebie.

  5. cenobita Says:

    Pozwolę sobie na małą propagandę.
    Nasz człowiek samotnie płynie w łupinie dookoła planety bez zawijania do portów.
    Właśnie minął Przylądek Dobrej Nadziei, płynie już 77 dni, przed nim jeszcze 230 dni na oceanie w samotności.
    Media wolą dachowanie Małysza niż jakieś info o Tomku Cichockim.
    Polecam:
    http://www.kapitancichocki.pl

  6. wiedźma Says:

    Trzymam kciuki, tak jak sobie zyczy kapitan Cichocki ! A gdy zawinie do macierzystego portu i okaże sie ” reklamonosny”… media będą się zachłystywać wyczynem samotnego żeglarza. C’est la vie, jak mawiają Francuzi.
    Dla mnie odwaga konieczna do takiego rejsu jest czymś w rodzaju Himalajów…..

  7. starszy58 Says:

    Pod-lubelska literatura (w sensie terytorialnym) no, no. Ty, Laudate, dziwnie dobrze pasujesz do stanu mojej umysłowości. Podejrzewam biografię równoległą…

  8. Smok Wawelski Says:

    Dzięki za piękną notkę. Pozdrawiam.

  9. missjonash Says:

    Dziękuję Laudate, choć nie w smak mi te piwa. Zboczenie zawodowe czasem daje o sobie znać.
    Ale bardzo mi ten wpis zapadł w serce… Jeszcze raz dziękuję.

  10. Zbyniek Says:

    Jak dziś brak takich Heniusiów którzy chcąc napić się piwa pytali o robotę.
    Dziś taki Heniuś dochodzi do człowieka i mówi dziadek kopsnij szluga i daj piątkę do wina a jego dwaj kumple zachodzą dziadka od tyłu.
    Aż się w oku łza kręci za takimi Heniusiami

  11. Dorota Says:

    Ależ fajny wpis! Trafiłam przez przypadek szukając nowego poczytadła w przerwie kawowej. Jasne, że pamiętam film „Pożegnanie z Afryką”. Powiem więcej byłam w domku Karen Blixen w Kenii i przypatrywałam się górom, które widziała pisząc pierwsze zdanie swojej powieści… W domku było dużo elementów które „grały” w filmie. A podobno brat Brora Blixena w którym się pierwotnie kochała Karen osiadł w Wenecji! Ale już wracam do Twojego wpisu. Świetnie nawiązałeś do swojej stolarni pod Lublinem. Taką stolarnię miał mój dziadek, a potem tata, co prawda w innym rejonie Polski, ale zawsze ten zapach świeżego drewna kojarzę z dziadkiem. Twoje losy są bardzo ciekawe, zważywszy że Dublin, Londyn i Wenecja stały się teraz Twoim domem, a Heniuś towarzyszył Ci ze swoją szczerą prostolinijną troską nawet nie przypuszczając jakiego obieżyświata ma za kompana. Myśl proszę o zebraniu tego wszystkiego w książkę. Pierwsza ją kupię!!!!
    Pozdrowionka
    D.

    • laudate44 Says:

      Dziękuję za pochwały, rzeczywiście jakby tak poszukać, trochę anegdot by się zebrało. Oj, parę już literacko wykorzystałem, podeślę Ci przy okazji.
      Niestety teraz mało piszę, bo otworzyły się wrota z zamówieniami i jestem zajęty pracą. A za dwa tygodnie krótki wypad do Porto 🙂 Żeby dodać życiu smaku! Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: