Refleksje odświętne

Był rok 1934. Na Wawelu nie było jeszcze prochów Piłsudskiego, kiedy mój ojciec, wówczas chlopiec 10-letni, pojechał z klasą szkolną zwiedzać Kraków. Potem przyszła śmierć Marszałka, która wśród dorosłych wywołała wielki zamęt i poruszenie. Dla dwunastolatka było ono niezrozumiałe, ale emocje dorosłych musiały być na tyle silne, że je zapamiętał. Tak jak inne zapisane w pamięci wydarzenie, które przeraziło go najmocniej, bo omal nie stracił wtedy życia. Przechorował pół zimy, po tym jak na wiejskim stawie załamał się pod nim lód.
Uratowali go dwaj młodzi Żydzi idący do bożnicy. Nie musieli skracać sobie drogi i iść wzdłuż stawu. Mogli trochę dłużej zostać w ciepłej izbie, mogli po drodze kogoś odwiedzić lub wybrać inną drogę. Mogli iść wcześniej, albo, popełniając wielki grzech, nie iść wcale tego dnia do Synagogi wymawiając się zimnem, dziurawymi butami czy czym tam jeszcze. Ale oni, dzięki Bogu (obojętnie jakiego wyznania) poszli. Śnieg skrzypiał pod nogami tak, jak skrzypi wielkie koło czasu zawierające obrazy wszystkiego, co było, co jest i co będzie.
Jak to mogło być? Zima, w powietrzu siwo od mrozu, wieś pod czapami śniegu, gdzieś na zamglonym horyzoncie jadąca furmanka, gwar dzieci ślizgających się na stawie, parujące oddechy i nagły rwetes. Krzyki przestrachu, rozbiegająca się dzieciarnia, bezradność tonącego i wołanie pomocy. Oblepione śniegiem kapoty i baranie czapki, przerażone oczy dzieci skupionych na brzegu i natychmiastowa decyzja tych dwóch: ruszyli biegiem, odłamawszy z płotu dwie długie żerdzie położyli je na kruchym lodzie, dostali się do tonącego chłopaka i wyciągnęli go z wody. Przerażonego, mokrego, zapłakanego popędzili do domu.
Chłopiec przeżył, to oczywiste, inaczej nie byłoby tu komu opowiadać. W domu najpierw dostał burę od surowego ojca, potem kieliszek wódki na rozgrzanie i przykazanie, żeby nie ruszał się przez dwa dni spod pierzyny przyciśniętej dodatkowo baranim kożuchem. Przeziębienie było groźne, ale gorszy był ten strach, gorszy był lament matki i groźba ojca, że prędzej czy później przyjdzie prawdziwa kara.
Ale za co właściwie ta kara? Za to że lód był zbyt cienki w tym miejscu, albo za udział w zabawie? – pytał mnie po latach ojciec. Nie powiedział, bo już nie pamiętał, kim byli ci, którzy go uratowali. Mogło być i tak, że jednak wymienił ich imiona, a ja zapomniałem. Więc kim byli ci, którzy wtedy szli modlić się? Czy po drodze dyskutowali o niewidzialnych znakach nadejścia Mesjasza? Czy wierzyli w proroctwa żarliwie, czy też wątpili, jak tamci dwaj idący drogą do Emaus? Kim byli? Nie dowiem się. Łatwiej odgadnąć jak zginęli – rozstrzelani przez pijanych hitlerowców w miasteczku Przysucha albo wywiezieni transportem do Oświęcimia.
Myślę o nich nieraz słuchając tego:

Reklamy

Tagi: ,

komentarzy 8 to “Refleksje odświętne”

  1. Kartka z podróży Says:

    Też myślę ostatnio o ludzkich elementarnie dobrych odruchach. Nie wiem jak je precyzyjnie nazwać – raczej opisuję takie historie niż je definiuję. Tak jakby ambicją moją było, by je wyciągać z pamięci, wyłuskiwać z rzeczywistości i prezentować, pokazywać ludziom. Może nawet nie ambicją tylko jakimś buntem, który zmusza do opisywania świata wbrew stereotypowi, jakiejś sztampie myślowej łączącej ludzi. Gdy publikuję te „niepoprawne” moralnie, politycznie, narodowościowo historie to czytelnicy często piszą – „No nie wiem jak skomentować”. Albo wyczuwam to w komentarzach. I mnie to cieszy bo oznacza, że ktoś myśli nad tekstem, waży racje, zmaga się z myślami. Bo to jest kontrowersyjne a może raczej trudne, bo zmuszające do refleksji i trudno jest odpowiedzieć według wyuczonego wzoru – właśnie sztampy.
    Dobry tekst Laudate – czytałem go trzy razy.
    Pozdrawiam serdecznie

    • laudate44 Says:

      Ten znaczący dla mojego istnienia epizod spisałem (najpierw sobie), by go „ocalić od zapomnienia”. Potem uznałem, że warto upublicznić, bo może ktoś znajdzie w tej opowieści coś znajomego. Zauważy ile przypadków decyduje o naszych losach.
      „mrówka na kawałku drewna…”
      Pozdrawiam

  2. romskey Says:

    Czasem trudno zrozumieć ludzkie reakcje ale pasy za to że „mógł zginąć” bywają słuszne i są wyrazem troski i miłości. Hrabia Dzieduszycki również wspominał o tym jak dostał straszne baty od ojca za to że podszedł od tyłu do konia w stajni.
    Z tego miłościwego bicia zrodziło się bicie żon z miłości i związane z tym ludowe porzekadło. Miłość nie musi boleć choć ludzie od pasa stają się szybciej zdyscyplinowani.

    Pokonanie pijanych hitlerowców bywa trudniejsze od wyrywania desek z płotu… A może jeden z nich trafił do domu mojej babci ?

  3. laudate44 Says:

    Tak się wyrażała ojcowska troska i już. Ostatecznie nie wiem czy ojciec rzeczywiście dostał w skórę. Raczej chodziło o jego chłopięce poczucie winy, że dostarczył rodzicielom zmartwień.

  4. Starszy Dyszczo Says:

  5. kryst Says:

    Autorze, dziekuje za ten tekst – on jest wazniejszy od wszystkiego, co nas obecnie boli.

  6. laudate44 Says:

    No, może nie aż tak, ale dziękuję za dobrą opinię. Staram się nie zapominać jakie energie i zbiegi okoliczności wpływaja na nasze życie.
    A nawet Życie.

  7. melaroza Says:

    Bardzo ciekawa opowieść. Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: