Wiedźmin, egzotyka i bigos

Kiedy ostatnio byłem w Polsce, były sąsiad zapytał przy powitaniu:
– No, jak tam w Irlandii, Polaków biją?
– Jak ktoś szuka guza, to wszędzie może w pysk dostać, nie tylko w Irlandii. Nie wierz w te doniesienia, bo media gonią za sensacją.
Moja odpowiedź widać zadowoliła sąsiada, bo szybko przytaknął i zmienił temat. Mnie jednak zastanawiło jego pytanie. Skoro taki ciekawy świata, dlaczego nie zapytał o irlandzkie tańce, o tutejszych pedofilów w sutannach, o linie lotnicze Ryanair albo wreszcie o klify Moheru czy piwo Guinness. Przecież musiał czytać o tym kraju coś więcej niż tylko rubrykę kryminalną z pobitymi Polakami w roli głównej. Wiem, że ten były sąsiad (zapomniałem już jego imienia) jest miłośnikiem książek. Może czytał Sagę Wiedźmińską – Sapkowskiego? Dlaczego nie dociekał, czy tutejsze nazwy rzeczywiście brzmią tak czadowo i czy język staroirlandzki to ten sam, którym w słynnej powieści posługiwały się elfy, driady i wiedźmini?
Na tak zadane pytanie odpowiedziałbym twierdząco, bo rzeczywiście Sapkowski wykorzystał mało znany język gaelicki (Gaelige) do wzmocnienia efektu egzotyki nieodzownego w literaturze „fantasy”. Dzięki temu wiedźmiński gród nazywa się Kaer Morhen, elfie bandy młodocianych bojowników to Scoia’tael a tajemniczy rycerz na czarnym koniu nosi imię Cahir. Można ulec wrażeniu, że część akcji rozgrywa się w Irlandii, tyle, że dawno, dawno temu przed nadejściem Anglosasów.
Oczywiście takiej dosłowności nie ma u Sapkowskiego. Jednak skojarzenia same się nasuwają. Kiedy przejeżdżam przez miasto Dunshaughlin albo opuszczam hrabstwo Laois i kieruję się do wsi Ardnamagh, mam poczucie, że podążam śladami nieustraszonego Wiedźmina i zaraz nieopatrznie wjadę do lasu Brokilon zamieszkałego przez biegłe w sztuce łuczniczej i niechętne ludziom Driady. Jeśli któregoś dnia zacznę się zastanawiać, czy moje auto wyposażone jest w szyby strzałoodporne, będzie to znak, że literatura niebezpiecznie „siadła mi na psychikę” i powinienem najrychlej zapomnieć o Sapkowskim.
Jeśli chodzi o fakty: językiem gaelickim, zwanym na użytek powieści „starszą mową” posługuje się na Wyspie już tylko ok. 3 % obywateli, głównie mieszkańców wiosek na północno-zachodniej rubieży. Owszem, gaelicki jest w Irlandii narodowym językiem oficjalnym. Nadal uczy się go w szkołach (dzieci cudzoziemskie nieobowiązkowo) a nazwy ulic i wszelkie urzędowe dokumenty pisane są w obu językach. Sama nazwa Irlandii to przecież Eire z taką skośną kreseczką nad pierwszym „E”. Nie ma przesady w twierdzeniu, że dzięki sztucznemu podtrzymywaniu języka Irlandia zachowuje swoją tożsamość. Gaelige jest nawet jezykiem urzędowym w Unii Europejskiej.
Irlandczycy choć w większości posługują się wygodnym angielskim, dzieciom nadają tradycyjne imiona irlandzkie. Niektóre z nich brzmią zabawnie, szczególnie imiona żeńskie. Poza tym pisownia nijak nie przystaje do fonetyki (przynajmniej dla takiego jak ja laika z Ziemi Piastów). Znałem kiedyś panią Sziwon, której imię pisało się Siobhana. Do pani Sheileah zwracam się po prostu Szila. Sympatyczna znajoma farmaceutka to Nif. Aż chciałoby się jej imię podrasować i mówić na przyklad „Nimfo, poprosze o aspirynę” (wersja pisana to Niamh). Kolejne imię żeńskie Derval brzmi już całkiem odlotowo. Nie będę udawał, że moja wyobraźnia jest obojętna na tak jawne dziwactwo. Ilekroć rozmawiam z panią Derval, mam poczucie, że zaraz oto porzucimy dyżurny temat pogody i pogadamy sobie o sytuacji na zrębie, o technice podcinania drzew i bezapelacyjnej wyższości pił łańcuchowych Husqvarna nad produktami firmy Stihl lub Oregon. Na rozmowach może się nie skończyć i któregoś dnia Derval zacznie po prostu ostrzyć siekierę.
Co do imion męskich: prócz takich, które słyszałem już wcześniej jak Seamus, (najsłynniejszy Seamus Heaney – laureat literackiego Nobla) Declan, Noel poznałem tu imiona nietypowe jak Taigh czy Cioran wymawiane jako Taj i Kiran. Egzotyka jest na początku, potem ustępuje. Dopóki nie zapoznamy się z kontekstem i dosłownym tłumaczeniem, wszystko BRZMI DZIWNIE. W miarę poznawania znaczeń nazwy i imiona zostają oswojone. Nazwa miasteczka portowego Dun Laoghaire znaczy dosłownie „siedziba króla” ponieważ przed wiekami jakiś lokalny władca miał tam gród. Tę tradycję podtrzymali także Anglicy: za ich okupacji Dun Laoghaire (fonetycznie Danliry) nazywało się Kingstown. Przyznam, że wolę oryginalne Dun Laoghaire od banalnego Kingstown, choć początkowo, nie znając znaczenia i wersji fonetycznej uważałem Dun Laoghaire za mocno pokręcone.
Wniosek z tego taki, że egzotykę da się oswoić. Z tym, że do jednych nazw przyzwyczaić się łatwo, do innych, z różnych powodów, trudniej. Tutejsza sąsiadka ma na imię Deidre (fonetycznie Dejdra). Miła z niej kobieta, oddana rodzinie i prowadzaniu pieska na spacer. Ale czy do swojej żony chciałbym zwracać się, ty dejdro? Zdecydowanie nie, bo Deidre brzmi szorstko i agresywnie (dla mojego piastowskiego ucha, powtarzam). Łatwiej przyszło mi zaakceptować imię Aine wymawiane jak Onia. Brzmi prawie jak Ania, więc całkiem swojsko, mam nawet ciotkę Anię. W tej sytuacji na wskroś irlandzka Aine wcale nie jest egzotyczna. Gdy mówię do niej Onia, wyobrażam sobie zapamiętaną z dzieciństwa ciocię Anię, która stoi przy węglowej kuchni, uśmiecha się i wielką drewnianą łyżką miesza pachnący bigos. Bigos to kwintesencja swojskości i polskości, więc gdzie tu miejsce na egzotykę?

Wikipedia o Gaelige

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarzy 10 to “Wiedźmin, egzotyka i bigos”

  1. lessx Says:

    Dobrze się to czyta. Przybliżasz nam Irlandię, od kuchni, wielce Ci za to dzięki. W marazmie polityki krajowej , taki przerywnik to jakby opamiętanie. Istnieją jeszcze miejsca i sprawy którymi warto się podzielić.
    U Romskey nie wieje nudą, Święto pełną parą ,piwko(tradycyjnie) zalewa górnicze wspomnienia.
    A więc tematów nie brakuje.
    Na jednym z blogów czytam o „załamaniu”(ewentualnym) się pisarstwa blogowego po wyeliminowaniu pis z polityki. Nie mnie ferować przyszłość kaczyzmu,sami pracują na swe konto.
    Że polityka może być tematem nośnym widzimy po wolcie MK, początkowo słowo(toku) kuraka,
    ostrze i jad ukierunkowane , zmieniają o 180 stopni swój cel.
    Dla normalnego blogiera każdy temat jest dobry. Liczy się słowo pisane , jego piękno i styl.
    Pozdrawiam.
    Ps …i ten bigos!

  2. romskey Says:

    Nie pierwszy raz zdradzasz Laudate talenty przewodnika, choć czytając Cię interesowałem się również tym w jakim stopniu dwa ostatnie teksty są odpowiedzią na brak nowej porcji zdrajców, agentów i afer 😉 Ujmując rzecz jeszcze dokładniej rozważałem na ile opowieści podróżnicze mogą zastępować politykę i która sfera bardziej – mówiąc językiem rydzyka- może „ubogacić” czytelnika. Polityka mówi o bezpośrednim zagrożeniu a opowieść podróżnicza jest propozycją miejsc do których można uciec. Symbioza jest możliwa. Pojawił się jednak inny problem..;)
    Z przyzwyczajenia na widok słowa Toruń włączyła się mi lampka i tekst czytałem z dużą podejrzliwością. W dzisiejszym jak kamyk w bucie „kołatał się” traktat i pedofilia ale gdy wspomniałeś o „moherowych klifach” wszystko wydało się jasne !:)
    Czyżby dotknęła mnie jakaś zaraza ? Coś na podobieństwo nierozerwalnego łączenia Śląska z górnictwem ?

    pozdrawiam 😉

    • laudate44 Says:

      Romskey, to ta sama zaraza, o której czytałeś powyżej. Dla mnie tutejsze Brokilony nadal pełne Driad i elfów. Dla Ciebie Rydzyk na każdym przystanku. Jak wiesz poborowemu wszystko się z dupą kojarzy. Tak więc pora czasem swoją wyobraźnię przewietrzyć i demony powyganiać.
      Albo je ugotować w bigosie!
      Pod komentarzem Lessxa nieco poważniej odnosłem się do tematu. Pozdrawiam.

  3. jjw Says:

    Bardzo ładne 🙂
    Niech elfy bedą z Tobą.
    Walter

    • laudate44 Says:

      Dzięki Walter, cieszę się że zajrzałeś.
      Dawno Cię pośród nas nie było! Pozdrawiam serdecznie.

  4. laudate44 Says:

    Dzięki Lessx za odwiedziny i komentarz:
    „W marazmie polityki krajowej , taki przerywnik to jakby opamiętanie. Istnieją jeszcze miejsca i sprawy którymi warto się podzielić.”
    Skoro powstają blogi niepolityczne, to znak, że wracamy do normalności i nie musimy non-stop zajmować się bandą wybrańców, którzy ten polski bigos chcieli uczynić niestrawnym. Wybryki różnych sejmowych szajbusów nie powinny dominować w treściach blogowych „rozmów” między zwyczajnymi ludźmi. Choroba zapoczątkowana w roku 2005 powoli mija. Jak ta pisowska żmija.
    Mam w zanadrzu sporo tematów do opisania. Jeśli czas pozwoli a wyobraźnia nie zejdzie do podziemi, to jeszcze sobie blogowo „pogadamy”.
    Pozdrawiam.

    • lessx Says:

      Niedawno byłem w pewnej kuchni, na Opolszczyźnie, skuszony chęcią podpatrzenia i wysłuchania „kucharza”. O sławie jego kunsztu niesionej w naszym Kraju powszechnie wiadomo. Jest ci on znanym specjalistą od gotowania bigosu. Wszystko by było OK, tylko bigos ci ten jest nie do strawienia. Żadne ci przyprawy, zmiany sposobu gotowania i podania, nie wnoszą nic do meni.
      Słyszy się o zapowiedzi zmiany „kucharza”i o tajemniczej imbir roślinie.
      Czy można strawić to co jest niestrawne, zostawiam do osadu, nas wszystkich!

  5. Zbyniek Says:

    Ja nie tylko się cieszę że Romskey oraz Laudate o Ninie nie zapominając pracują wytrawle na chwałę byłego Naszego.
    Cieszę się że zaczynacie panowie i panie znów skupiać w koło siebie sympatycznych ludzi.
    Przepraszam Cię Romanie nie zapomniałem też o tobie a Walter swoimi mistrzowskimi tekstami ozłaca Studio Opinii .
    Jeszcze raz chwała wam za to i pozdrawiam

  6. SAWA Says:

    A zdawałoby się, że w tej wszechogarniającej nas sieci czeka nas nuda i żadnych nowości, bo świat się skurczył. A tu Laudate nam perełki podrzuca i to takie, o których nam się nie śniło.
    Kurczę – normalniejemy!
    Masz chłopie talent i tę rzadką umiejętność dostrzegania niezwykłości w zwykłych rzeczach.
    Nie mówiąc już o porządnej porcji edukacji. Wiele razy w amerykańskim wydaniu człowiek słyszał, że ktoś tam mówił z irlandzkim akcentem i całkiem prosto przyjęłam, że Irlandczycy mówią jakąś angielską gwarą.

  7. laudate44 Says:

    Witaj Sawo, brakowało mi Twojego komentarza. I nie (tylko) dlatego, że oczekiwałem pochwał. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko OK i nadal będziemy mieć okazję do sieciowych rozmówek.
    Irlandzki akcent to jeszcze coś innego, ale prawdopodobnie nie wynika to z Gaelige. Współczesny irlandzki jest w zasadzie pewną gwarą, różniącą się mocno od klasycznego angielskiego uzywanego w BBC.
    W każdym razie Po paru latach żywej edukacji odróżniam Anglików i Australijczyków od rdzennych Irishów. Pomaga mi w tym muzyczne ucho.
    Ponadto w różnych regionach wyspy mówią z innym akcentem, wiec jak jestem w pubie na zachodnim wybrzeżu (Galway) to jakże miło mi „dublinerowi” słucha się tamtejszej zabawnej gwary…
    A jeszcze jedno: dzięki, że zwróciłaś się do mnie per chłopie. Ziemi co prawda posiadam niewiele, ale zawszeć to lepiej być chłopem a nie babą 🙂
    Ukłony.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: