Kilar

Zacznę od zgaduj zgaduli. Kto napisał muzykę do filmu „Zemsta”? Wojciech Kilar. A kto do filmów Kutza „Perła w koronie”, „Sól ziemi czarnej”, „Paciorki jednego różańca”? Kilar. Muzykę do „Ziemi Obiecanej”? Też Kilar. Do filmu „Dracula”? Kilar. A „Truman show”? Też Wojciech Kilar.
I tak ponad 130 razy! Aż trudno uwierzyć! Sama lista tytułów filmów wypełniłaby parę stron tego bloga, a zsumowane ścieżki dźwiękowe pozwoliłyby na nieustające słuchanie przez kilka tygodni.

Jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z telewizją to film „Przygody Pana Michała”. Takie wrażenia utrwalają się w najgłębszych i najtwardszych obszarach mózgu, zatem prawdopodobnie do końca życia, będę pamiętał z jakim przejęciem wpatrywałem się w mały czarno-biały ekran telewizora, zasłuchany w słowa pieśni o małym rycerzu wzmocnione smyczkami i uderzeniami w kotły. To była oczywiście muzyka Kilara. Obecnie chóralne „W stepie szerokim…” można usłyszeć niemal w każdej hali sportowej podczas meczów siatkówki. Dziwnymi drogami chodzi powodzenie utworów muzycznych. Sam kompozytor nie ukrywa dumy z tego, że pieśń zaczęła żyć własnym życiem. Może nie dosłownie trafiła pod strzechy, ale stała się masowa. Służy kibicom jako hymn.

Wojciech Kilar z wykształcenia jest pianistą, ale wirtuozem nie został. Szybko znalazł swoje miejsce wśród kompozytorów. W latach 60 tych był czołowym twórcą muzyki awangardowej, trudnej w odbiorze, przeznaczonej dla koneserów i jurorów festiwali. W późniejszych latach Kilar pod wpływem fascynacji folklorem góralskim napisał kilka utworów inspirowanych tradycyjną muzyką podhalańską. To m.in. „Krzesany”, „Kościelec” i najsłynniejsza „Orawa”. Posłuchaj tu
Pierwszy film z muzyką Kilara „Narciarze” powstał w 1958 roku, minęło więc 50 lat nieprzerwanej, bogatej twórczości, która przyniosła mu sławę i wiele nagród. Równolegle powstawały utwory symfoniczne, fortepianowe i oratoryjne. Dzieła o charakterze religijnym Missa Pro Pace (Msza dla Pokoju), Angelus albo uroczysta Victoria czy też wzorowany na Bolero Ravela Exodus wykonywane w salach koncertowych całego świata ukazują, że kompozytor znakomicie radzi sobie także w tradycyjnych gatunkach.
Wojciech Kilar określany jest przez rozmówców jako człowiek skromny, życzliwy, skupiony na pracy i jednocześnie zafascynowany współczesnym światem. Sam z przyjemnością nie tylko słucham jego muzyki, ale czytam w książkach i wywiadach, co ma do powiedzenia. Od lat podziwiam Kilara nie tylko za genialną muzykę, (jako muzyczny analfabeta uznaję wszystkich kompozytorów za ludzi nie z tego świata: nie dysponując żadną materią, w niepojęty dla mnie sposób potrafią stworzyć coś tak precyzyjnego i ulotnego jak muzyka, i to z niczego!) ale także za dar mądrego, wolnego od gwiazdorskich manier opowiadania o kulisach swojej pracy, o świecie. Pod jednym z koncertów Kilara udostępnionym na YouTube, ktoś skomentował: kiedy słucham muzyki Kilara – jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Nie dziwię się – ja też.

Zachęcam do przeczytania fragmentu wywiadu znalezionego tam.

„Speaking your own language”

Agnieszka Flakus: Komponuje pan muzyke symfoniczną oraz filmową. Która jest panu bliższa?

Wojciech Kilar: Oczywiście ta jest najbliższa, która niesie moje nazwisko, za którą jestem odpowiedzialny oraz ta, która ma szansę przetrwać. Muzyka filmowa jest funkcjonalna, jako twórca staję się jednym z asystentów reżysera filmu, niekoniecznie tym najważniejszym. Poza tym, od momentu, gdy gotową muzykę oddam reżyserowi, ona już nie jest moja tylko jego. Od reżysera zależy, co z nią zrobi, może ją pociąć, wydłużyć, powtórzyć, przetworzyć elektronicznie, cokolwiek sobie życzy. Od tego momentu nie jestem już ciekaw, co się z nią dzieje. Niektórzy kompozytorzy wchodzą w spory z reżyserami, skarżąc się że ich dzieło zostało okaleczone. Ja jednak wierzę, że reżyser chce dla swojego filmu jak najlepiej, zatem ma prawo robić z muzyką, co mu się podoba.
Istnieje opinia, że ścieżka filmowa nie zawiera niczego, co dla kompozytora byłoby najtrudniejsze lub najważniejsze. Tradycyjne dzieło muzyczne jest pewną opowieścią: ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Tymczasem muzyka tworzona na potrzeby filmu bywa pocięta na kawałki, trwa kilka lub kilkadziesiąt sekund, najwyżej parę minut. Przez to rzeczywiście staje się łatwiejsza do komponowania. Ostatecznie wyłania się z tego trzecia droga. Kiedy mam napisać symfonię lub mszę, startuje od niczego. Dosłownie. A gdy podejmuję pracę nad muzyka filmową, mam możliwość zobaczenia gotowych inspirujących obrazów. Z drugiej strony, życie muzyki filmowej trwa krótko, rzadko zdarza się, aby taka muzyka zaczęła żyć własnym życiem, może przetrwać jedna piosenka, ale zazwyczaj muzyka odchodzi w zapomnienie razem z filmem. Dlatego nie na miejscu jest chwalenie się sukcesami w tworzeniu muzyki filmowej, ponieważ wszystko zależy od tego czy film odniesie sukces. Sam mam sporo przykładów na to, że moja muzyka odniosła sukces tylko dlatego, że popularny był sam film. I na odwrót: muzyka wyjątkowo udana, na przykład ta do filmu „Portret damy” Jane Campion, którą pisałem przez dwa lata w Los Angeles i która została uznana najlepszą ścieżką dźwiękową w 1997 – nie sprzedała się na CD, ponieważ film okazał się klapą. Z kolei muzyka do „Draculi” Forda Coppoli sprzedała się bardzo dobrze, bo film był wielkim sukcesem kasowym. Mogę też powiedzieć, bez intencji obrażania kogogokolwiek, że muzyka do „Tytanika” była dość przeciętna, ale sprzedała się w milionowym nakładzie, bo wywindował ją sukces filmu. Dlatego uznaję za oczywiste, że powinienem wyrażać się językiem zrozumiałym dla moich rodaków i opowiadać o zagadnieniach, które są ważne dla mnie osobiście.

Zdobywał pan wykształcenie na wielu znakomitych uczelniach muzycznych, otrzymywał pan stypendium od rządu francuskiego. Kiedy zaczął pan interesować się kompozycją?

Byłem zmuszany do nauki (śmiech). Mój ojciec był lekarzem, matka aktorką, w naszym mieszkaniu panowała artystyczna atmosfera. Dlatego nakłaniano mnie do nauki gry na fortepianie. Było to bardzo męczące i zupełnie dla mnie wtedy niezrozumiałe. Sytuacja zmieniła się, gdy uciekliśmy z okupowanego przez bolszewików Lwowa do Rzeszowa. Tam uczęszczałem do szkoły muzycznej, której profesorem był Kazimierz Mirski. On odkrył dla mnie współczesnych kompozytorów: Szymanowskiego, Debussego. To mnie pociagało. Dodatkowo drugi mąż mojej matki był kompozytorem, pisał piosenki do sztuk teatralnych. Tak więc ja też spróbowałem.

Pamieta pan swoją pierwszą kompozycję?

Tak, napisałem „Poloneza” , którego normalnie taktuje się na trzy czwarte, ale ja wówczas nie miałem o tym pojęcia, więc próbowałem zmieścić to w takcie na sześć ósmych. Potem była kopia „Mazurka” Szymanowskiego oraz jakieś miniatury impresjonistyczne.

Czy to zainteresowanie Szymanowskim zaprowadziło pana w Tatry?

Zdecydowanie tak. Muzyka góralska jest niewyczerpanym źródłem natchnienia, nie tylko dla mnie, również dla moich znajomych. Ona jest absolutnie fantastyczna, unikalna.

Z czego to wynika?

Muzyka góralska posiada dwie znakomite cechy: w niej nie tylko melodia jest ważna, ale również kapela. Góralskie zespoły są fenomenalne, a ich muzyka mimo, że już gotowa i kompletna, ciągle jest inspirująca. Spójrzmy na Szymanowskiego czy Szopena – oni także czerpali z niej inspirację. Zrozumiałem to, gdy po raz pierwszy spotkalem polskich górali w Chicago. Powiedziałem im, że gdyby nie moje zauroczenie góralską kulturą i tradycją trwająca od pokoleń, prowdopodobnie nigdy nie byyłoby mnie w Chicago. A to z tego powodu, że moje najbardziej znane i grane na całym świecie kompozycje nie powstałyby, gdyby nie moja fascynacja górami i góralską muzyką. To już zostało dowiedzione. Najbardziej popularne moje utwory grane są od trzydziestu lat , zawdzięczam je muzyce góralskiej.

Czy wobec tego czuje się pan w jakimś stopniu góralem? Wiemy przecież, że jest pan miłośnikiem wypraw w góry.

Urodziłem się we Lwowie, lecz od tej pory przynależałem do wielu miejsc. Czuję, że przynależę do każdego regionu Polski włącznie z Podhalem. Kocham też Amerykę, nie tylko dlatego, że przyjeżdżam tutaj, ale dlatego, że czuję się jak Amerykanin. Jestem owszem, obywatem świata, ale przede wszystkim czuję się Polakiem.

Powróćmy do muzyki filmowej. Pracował pan z wieloma reżyserami. Czy może pan określić, z kim najlepiej panu się pracowało?

Odpowiedź jest łatwa. Najprzyjemniej pracuje się z takimi, którzy dają najwięcej wolności twórczej. I tak Wajda, Kutz lub Jane Campion zwykli mówić „pisz taką muzykę, która ciebie zadowoli”. Nawet gdy przyjechałem do Los Angeles, żeby się spotkać z Fordem Coppolą, obejrzeliśmy wspólnie film i zapytałem , czy ma jakieś wyobrażenie o przyszłej muzyce, Coppola odpowiedział „Ja swoją robotę wykonałem. Ty jesteś kompozytorem. Rób, co uważasz”. Także Zanussi daje mi absolutnie wolną rękę, ale trudno się dla niego pisze. Filmy Wajdy lub Coppoli inspirują mnie obrazami, tymczasem filmy Zanussiego są – można powiedzieć – filozoficzno-intelektualnymi rozważaniami. Zanussi uważa, że muzyka w filmie powinna mieć taką szlachetną rysę, aby była odrębną wartością. Polański jest trochę inny (śmiech), jest trudnym partnerem w pracy. Czasem mówi „zrób to po swojemu”, ale przy paru filmach był naprawdę… dokuczliwy jak gwóźdź w dupie. (śmiech)

Słyszałam, że Polanski nawet potrafił odwiedzać pana w domu podczas pracy.

O tak, potrafi przyjechać do mnie do Katowic, siedzieć godzinami i przesłuchiwać, mówiąc, dodaj jeszcze sekundę tu, o jeszcze tutaj, sekundę tam. Jest bardzo skrupulatny.

Jak pan komponuje ścieżkę dźwiekową? Czyta pan scenariusz, czy najpierw ogląda zdjecia?

Czytam scenariusz, ale raczej nie z ciekawości. Nie mogę przecież przewidzieć jaką wizję zrealizuje reżyser. W młodości pisałem dużo muzyki do sztuk teatralnych, ale nieczęsto udawało mi się osiągnąć zadowalający rezultat. Kompozytor musi wyobrazić sobie dosłownie wszystko, co zwiazane jest z daną sztuką, a tej zdolności ja niestety nie posiadam. Poza tym scenariusz filmu podlega zmianom i przeróbkom, bo swoje zdanie ma też producent, sponsor itd. Dlatego oglądam filmy, dopiero one pobudzają moją wyobraźnię i moje emocje. Chyba że film zawiera jakąś celebrację, coś odrębnego, jak w przypadku „Pana Tadeusza”. Dlatego byłem w stanie napisać muzykę do niego, bo wiedziałem, że w końcowej scenie aktorzy zatańczą Poloneza. Wajda był mi bardzo wdzięczny, nieraz powtarzał w wywiadach, że skomponowałem Poloneza, zanim powstał film.

Czy odrzucił pan kiedyś propozycję współpracy z jakimś znanym reżyserem?

Tak, nie przyjąłem pracy nad muzyką do filmu „Femme Fatale” Briana de Palmy. Szkoda, bo miałem ochotę na te współpracę. Tak niefortunnie się złożyło, że w tym samym czasie pisałem muzykę do „Pianisty” Polańskiego. Z całkowicie odmiennych powodów odrzuciłem propozycję Barbeta Schroedersa, który chciał, bym pisał ścieżkę dźwiękową do „Desperate measures”. Uczciwie odpowiedziałem mu , że nie czuję tego gatunku kina, nie pociąga mnie.
Innym razem to ja zostałem odrzucony. Mówię o superprodukcji „Władca Pierścieni”. Jednak wierzę, że to było prawdziwie dobroczynne zrządzenie losu, bo nie byłbym w stanie wytrzymać stresu wynikającego z takiego ogromu pracy, to by mnie po prostu zabiło. Nie podjąłbym się takiego wyzwania, które i tak było skazane na niepowodzenie. Wymagałoby to zatrudnienia całej rzeszy asystentów, a ja zdecydowanie wolę pracować sam. Więc myślę, że był w tym palec Boży.(…)
(tłumaczenie własne MD)

Reklamy

Tagi: , , , , ,

komentarzy 6 to “Kilar”

  1. laudate44 Says:

    PS. Wojcech Kilar zmarł 29 grudnia 2013 roku

  2. D. Says:

    To właśnie dzięki Wojciechowi Kilarowi tak dobrze ogląda się „Ziemię Obiecaną”. Kiedy jestem w Manufakturze – dawnym imperium Izraela Poznańskiego, w miejscu kręcenia filmu – „słyszę” właśnie jego muzykę. A swoją drogą efekt restauracji tego miejsca jest niezwykły. Wnętrza Pałacu ze skrzypiącymi schodami i licznymi pamiątkami fabrykantów łódzkich są niezwykle nostalgiczne. Zaś „ceglana” przędzalnia została przerobiona na hotel z dość oryginalną rzeczą jakiej nigdzie na świecie nie spotkałam, a mianowicie przezorny Poznański na swej wielopiętrowej przędzalni wybudował ogromny zbiornik przeciwpożarowy. Obecnie zamieniono go na oszklony basen, który zwieńcza hotel. Widoki podczas pływania niezapomniane… Od siebie dodałabym jeszcze sączącą się przez głośniki muzykę Kilara…
    D.

    • laudate44 Says:

      Bardzo ciekawe, co piszesz o powiązaniach klimatu dawnej łodzi z muzyką Kilara. Chciałbym znaleźć się w tym hotelu i tym basenie. Po Twojej sugestii z pewnością też usłyszałbym muzykę Kilara, oczywiście tę z Ziemi Obiecanej… 🙂
      Łódź znam jedynie z filmów, byłem tam raz, jakieś 30 lat temu. Ale ten czas biegnie… Pozdrawiam

      • D. Says:

        Polecam właśnie ten Hotel andel’s. Widoki na „ceglane” imperium Poznańskiego niezapomniane. „Wrzuć na uszy Kilara” i na chwilę uczynisz zadość wszystkim potrzebom duszy.
        D.

      • laudate44 Says:

        Zajrzałem na stronkę Andels hotel, obejrzałem fotki m.in. z hallu głównego i basenu. Absolutnie znakomity pomysł z tym basenem. Całość bardzo klimatyczna, pamiętam, że ten hotel zdobył nagrodę za design…
        Jesli tam bywasz, to gratuluję. Nawet jeśli Kilara słyszysz tylko w wyobraźni, to też wspaniale.
        Ja na razie nigdzie sie nie wybieram, a pierwszy wiosenny wyjazd będzie do Berlina (przystanek w drodze do Wrocławia) Czy wiesz, co tam mogę usłyszeć? 🙂
        Pytań jest więcej, może podasz mi swój adres mailowy?
        (pisząc tam: laudate44@gmail.com)

      • D. Says:

        W Berlinie możesz naturalnie usłyszeć „TRZY DUŻE B” tzn. Bacha, Beethovena, Brahmsa. A we Wrocławiu zamieszkać w Hotelu Metropol w apartamencie o mrocznej historii…, mającej również jasną stronę, bowiem z jego balkonu śpiewał Jan Kiepura. Mieszkałam w tym pokoju jeszcze przed jego remontem kilka lat temu i powiem „atmosfera trudna w odbiorze”.
        D.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: