Eurozamęt, chorał i pozycja embrionalna

Tyle się dzieje, że nie wiadomo o czym pisać. Właściwie wiadomo: o sobie pisać, bo mimo wszelkich maskujących zabiegów, zawsze najlepiej wychodzi pisanie o sobie.
Zacznę od refleksji: Polacy w mediach i internecie namiętnie roztrząsają sprzeczne wiadomości dotyczące kryzysu finansowego i udziału w nim banku Goldman Sachs. Sa jeszcze tacy, którzy koniecznie chcą ukamionować jednego z pomniejszych pracowników tego banku, który był kiedyś malowanym polskim premierem. Proszę, dajmy mu spokój, za parę dni jego imieniny, potem kolejne pracowite dni w towarzystwie poetki Isabel, nie ma czego zazdrościć…
Kolejny temat : waluta euro i jej niechybne, nieodwołalne, wynikające z przepowiedni Nostradamusa nadejście. Oj, nadejdzie to ełro do Polski, powiadam wam, a wtedy wilki będą latać, baba z babą spać będzie, wiewiórki zamiast kukułek gwizdać będą w zegarach, a ono ełro, ta najstraszliwsza zmora, jak śliski wąż wejdzie tatrzańskim szlakiem do kraju, by go ogołocić do poziomu octu na półkach Biedronki. Mam wrażenie, że Polacy sa udręczeni walutą euro już dziś. Kiedyś, za czasów złotej Polski Szlacheckiej, ktos z posłów na Seym przekonywał pozostałych „wybrańców narodu” do utworzenia wielkiej floty do połowu sledzi i innych ryb morskich, które moga być źródłem niezłych dochodzów. Pomysł upadł, bo ktoś inny przytomnie zauważył, że śledziami handlują Żydzi i Protestanci, zatem, aby ta zaraza nie zawitała w progi chrześcijańskiej Rzeczypospolitej, lepiej pomysłu zaniechać. Jako się i stało. Spraw Panie, żeby to solone i beczkowe euro zostało wprowadzone w Polsce jak najszybciej, by zatroskanym obywatelom, z których oczywista oczywistość, każdy jest wszystkowiedzącym ekonomistą, męki skrócić, Amen.

Na irlandzkiej wyspie mamy euro już od lat siedmiu z hakiem – nie słyszałem, żeby kogo ta waluta uwierała, mimo, że jej nazwa nie brzmi po gaelicku i że finansowe turbulencje dotykają ten mały kraj chyba najsrożej w tzw. Zachodniej Europie. Fakt, że jest to waluta wspólna dla setek milionów ludzi, daje jako takie poczucie stabilności nawet Irlandczykom na socjalu i na permamentnym kacu. Wiadomo, że w chórze nawet miernoty mogą uchodzić za śpiewaków… Nie twierdzę, że coś wiem na temat turbulencji i dalszych prognoz ekonomicznych, bo o tym się tu nie trąbi na pierwszych stronach gazet, a gdyby nawet, to ja mediom nie wierzę. Doszedłem ostatnio do wniosku, że czytanie gazet to praca żniwiarza: odsiewanie ziarna od plew. Z tym, że (uwaga, będzie głęboka metafora!) Tak jak „ludzie są różne” (kwintesencja sto trzydzieści lat trwających analiz psychologicznych!), tak znawcy zbóż są różni, dlatego co dla jednego plewą, która ino patrzeć z wiatrem poleci hen za horyzont, to dla drugiego, twardo przekonanego o swej nieomylności, złocistym ziarnem będzie, które należy siać i siać, żeby pośród ciemnego luda plon wzeszedł.

Jeśli macie wrażenie, że nie rozumiecie o czym piszę, to podzielam wasze zdanie. Nagromadzenie zdarzeń wywołało pewien zamęt w moim życiu.Tomek obdarował mnie butelką Hennessy dużego kalibru, Marek wyjeżdżając na stałe do Polski pozostawił rower srebrny metalik, tuzin przerzutek albo coś koło tego, wreszcie Jacek przysłał swoją książkę opatrując maila zachęcającym komentarzem „miłej lektury, zbuju ponury” (przekorna bestia z niego: wie, że książka jest zabawna i pokręcona do tego stopnia, że poprawiłaby nastrój nawet kulawemu i ospowatemu pomocnikowi grabarza). Do tego wszystkiego dostałem od żony płytę Gregorio Allegri – Miserere. Dobre wydanie: chór King’s College z Cambridge, wytwórnia Decca, nic tylko się zadekować na parę dni i rozpamiętywać swoje jestestwo przy dźwiękach zachwycającego chorału. Niezrównane „Miserere mei, Deus” byłoby pewnie do tej pory strzeżone przez zazdrosnych strażników wzruszeń w Kaplicy Sykstyńskiej, gdyby nie Mozart, który jako czternastolatek słuchając tego niespełna dziesięciominutowego utworu, wcisnął sobie ctrl+C w swoim genialnym komputerku, po czym w zaciszu domowym ponownie kliknął ctrl+V i usłyszanę melodię przelał co do nutki na pięciolinię. Dzięki czemu stał się pierwszym muzycznym piratem. Wtedy własności intelektualnej nie chronił Microsoft tylko papiestwo, które tak jak wcześniej na uczone ksiegi czyli wiedzę, chciało też mieć monopol na wzruszenia. Jak tu nie kochać Mozarta, który był nie tylko zadziwiającym kompozytorem, ale jednocześnie autorem sloganu znanego tylko w niektórych pirackich kręgach: „Dogmaty wasze, wzruszenia nasze!” Bóg Ci zapłać Amadeuszu!

PS. Gdybym jeszcze przez kilka dni nie pisał, nie dzwońcie na Gardę (tutejsza policja, fajna zresztą), bo prawdopodobnie ciągle słucham „Miserere” – utworu dającego dorosłemu człowiekowi poczucie, że nadal pływa w wodach płodowych swojej Matki, niczego poza tym nie pragnie, donikąd się nie śpieszy, jest samym błogosławionym przez nieznane siły bytem, niczego nie rozpamiętuje i nie przewiduje. Słucha. Trwa w embrionalnej pozycji pogrążony w zachwycie dla istnienia, a na pierwsze skurcze maciczne odpowiada machając maleńką rączką: dobrze, dobrze, za chwilkę – kiedy przebrzmi to wysokie C.
Jeszcze chwilkę, miserere…

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: