Cuda, skarby, tajemnice

W połowie lat osiemdziesiątych mieszkałem w Kotlinie Kłodzkiej u rzeźbiarza Darka. Zjawiłem się u niego akurat na wiosnę, pomagałem trochę w pracach ogrodowych. Sąsiad traktorem zaorał kawał łąki między lasem a strumykiem, a my za pomocą grabi przygotowaliśmy ziemię pod zasiew warzyw i sadzenie kartofli. Zasiane i posadzone podlewaliśmy wodą czerpaną wprost ze strumyka. Ta woda nadawała się też do picia, ale tylko dlatego, że dom Darka położony był na początku wsi i strumyk spływając z gór mijał najpierw nas a potem wijąc się wzdłuż zagród zbierał nieuniknione dawki nieczystości i gnojówki. Wieś leżała na pochyłości i strumyk wartko płynął do kolejnych wsi, potem wił się między polami, żeby wpaść do Nysy Kłodzkiej. Od starych chińskich mędrców wiedziałem, że woda zawsze wybiera miejsca najniższe, ale i tak byłem przekonany, że ten strumyk pędzi przez wieś jak wariat na rowerze, bo ucieka przed gnojówką i wyciekami z szamb.

Człowiek jest przeciwieństwem wody i, jeśli ma wybór, wybiera miejsca najwyższe. Mogłem godzinami przesiadywać na wyniosłym wzgórzu, z którym sąsiadował nasz dom i patrzeć na wieś z barokowym kościołem, na czerwone dachy solidnych poniemieckich zabudowań, dalej na szachownicę pól, na kontury odległych drzew i zamglony horyzont, którego najmocniejszym punktem była twierdza w Kamieńcu Ząbkowickim. Z lewej strony widok ograniczały Góry Bardzkie. Tuż za wsią wznosiła się Dębowa Góra, porośnięta zgodnie z nazwą dębowym lasem. Mówiono, że tam w czasie wojny Niemcy mieli swoje bunkry i stanowiska ogniowe. Nie chodziłem sprawdzać, moje zainteresowanie przeszłością skupiało się na pochodzących z XVII i XVIII w. kapliczkach stawianych z wielkim poczuciem smaku i proporcji, Te urocze budowle stały na miedzach, przy drogach albo z niewiadomych powodów pośrodku pól. W niektórych rzeźby i obrazy trwały na swoich miejscach, w innych już zabrakło jezusków i świętych panienek, ale same kapliczki zachowały się w dobrym stanie.

Pewnej niedzieli mała gromadą poszliśmy przez góry w pobliże Barda. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam, między stacjami Drogi Krzyżowej znajduje się źródełko z wodą uważaną za cudowną. Nie chodziło nam dosłownie o tę wodę – liczyła się wyłącznie jako powód do parogodzinnej wycieczki po wiosennym lesie.

Ale cud się zdarzył jeszcze zanim doszliśmy do źródełka. Byliśmy w dolinie, gdy dobiegły nas dźwięki trąbek, potem ukazało się kilka srebrnych hełmów i za nimi cała orkiestra strażacka idąca brzegiem skarpy. Grali dostojną pieśń „Królowej anielskiej śpiewajmy”, bo akurat był dzień 3 maja, trwały uroczystości maryjne. Za orkiestrą szła rozśpiewana procesja wiernych. Dźwięki niesione wiatrem dobiegały do nas ze wszystkich stron przez gałęzie drzew i młode majowe liście. Melodia i słowa wielokrotnie odbite echem docierały do nas trochę zniekształcone, mieliśmy też wrażenie, że kilkuosobowa orkiestra i sunący za nią, jak kolorowa gąsienica chór są znacznie liczniejsze. Brzmiały w tym lesie mocno, rozlewały się po górach, dolinach…

Procesja doszła do kaplicy na wzgórzu i tam umilkła, my poszliśmy wprost do źródła. Po cudowną wodę musieliśmy ustawić się w małej kolejce. Wtedy po wszystko stało się w kolejkach. Pogoda dopisała, majowe listki przyciągały wzrok. Objuczeni butelkami z wodą, wracaliśmy do domu w milczeniu. Darek raczej nie był rozmowny, ja wolałem sobie nucić „Królowej Anielskiej…” było już późne popołudnie, gdy z lasu wyszliśmy na łąkę. W zagrodach pasły się owce, przy polnych drogach rosły poniemieckie jabłonie, śliwy i drzewa czereśniowe – raj dla dzieci, które w porze owocowania mogły bezkarnie wdrapywać się na te bezpańskie drzewa i do granic możliwości objadać się owocami. Ani im w głowach było pytanie, kto i dla kogo sadził te drzewa.

Wieloletnia obecność Niemców na terenie Kotliny, ciągle widoczna w zachowanej architekturze, nie była tematem codziennych rozmów nowych gospodarzy. Czasem wspominali między sobą o wizytach dawnych mieszkańców lub ich potomków. Nawet nikogo nie dziwiło, że Niemcy wracają zobaczyć ziemie swoich przodków, kraj dzieciństwa. Byli i tacy, co się oburzali, powtarzając jako swoją rację popularny wtedy slogan „nie myśmy tę wojnę wywołali”. Tacy byli jednak w mniejszości, przeważała ciekawość i poczucie gościnności. W koncu to nie były jakieś najazdy obcych. Niemcy przyjeżdżali rzadko, w Polsce trwał jeszcze stary ustrój, obowiązywały paszporty i inne szykany. Ich wizyty sprowadzały się do fotografowania budynków i krajobrazów, czasem ktoś dogadywał się z bardziej kumatym gospodarzem, zostawiał pieniądze, żeby zaopiekować się niszczejącym cmentarzem, który jakimś cudem nie został zaorany.
Były też sceny sentymentalne, gdy ludzie po czterdziestu latach rozpoznawali domy, w których się urodzili. Pani Karamonowa, nasza sąsiadka, zaprosiła raz do domu ludzi, których dojrzała przez firankę w oknie. Na drodze przed jej domem stała para Niemców w średnim wieku, podziwiali wypielęgnowany ogródek kwiatowy, oglądali dom, coś do siebie mówili… Dopiero na wyraźne zaproszenie gospodyni weszli do mieszkania, próg przekraczali ze łzami w oczach. Potem była wspólna herbata i opowieści urozmaicane westchnieniami o, mein Gott. Niedzielni goście byli rodzeństwem: opuścili ten dom jako dzieci w 1945 roku, i od tej pory nie wiedzieli nawet, czy się zachował. Wiadomości, które do nich docierały kazały raczej przewidywać katastrofę: zbyt dużo budynków zostało zdewastowanych i o tym głównie mówiło się wśród przesiedleńców. A tu proszę, ten dom trafił w dobre, pracowite ręce – tak pięknie i czysto utrzymany, że aż płakać się chce.

O Niemcach przyjeżdżających w latach osiemdziesiątych na ziemie odebrane im przez Stalina, Roosvelta i Churchila krążyły też inne opowieści. Miały posmak sensacji, bo dotyczyły skarbów, które starzy Niemcy przed ucieczką zakopywali gdzieś w ogrodzie, w zagajniku, pod jakimś krzakiem jaśminu czy jabłonką. Mogła to być porcelana lub srebra rodowe, które potomkowie dawnych właścicieli zdecydowali się odzyskać. W dzień oglądali miejsce, rozmawiali, na ile mogli się porozumieć z obecnymi właścicielami, robili zdjęcia i uśmiechali się, że niby alles richtig, danke schen i wracali do Kłodzka do hotelu. Wracali w nocy, wykopywali, co tam było ukryte, nawet nie zacierali śladów, porzucali obok dołu jakieś worki, rozbite skrzynki i znikali. Polakom zostawał żal, że sami wcześniej nie znaleźli tego, po czym chodzili przez czterdzieści lat. Pal zresztą sześć te skarby! Gorsze było to wredne,świdrujące pytanie – co też tam, panie mogło być?

Reklamy

Tagi: , , ,

Jedna odpowiedź to “Cuda, skarby, tajemnice”

  1. Polskie wojaże 3 | Laudate Says:

    […] Ale siła objawiła się dla mnie w tym, że udało mi się zamieszkać w niewielkiej wsi w okolicach Barda. Przenosiny tam nie wynikły z potrzeby obcowania z zabytkami i metafizyką. Ważniejsze były […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: