Dublin – przedmieścia

Autobus zapamiętale przedziera się do centrum, ulice stają się ciaśniejsze, stajemy w korku, miastu naprzeciw. Przez szyby patrzą na nas przytulone do siebie domy z ciemnej cegły, rusztowania, szkolne podwórka, dziesiątki rowerów uczepione płotów, w oknach powiewają słomiane maty zamiast firanek. Mijamy  kubły na śmieci wystawione do odbioru,  śmieciarka przez chwilę tarasuje jezdnię na całej szerokości.  Za skrzyżowaniem smutna witryna pralni, tuż obok  chińska jadłodajnia, za nią włoska kawiarnia. Hinduski na autobusowych przystankach, rozpoznawalne głównie po kolorowych sari. Przemykający bokiem i niknący w szarości rowerzyści. Huk pociągu przejeżdżającego wiaduktem i pierwsze promienie słońca odbite w ogromnych szybach budynku firmy ubezpieczeniowej. Posąg wyrastający z kamiennej balustrady mostu. Stada mew pobudzonych rozpoczynajacym się dniem. Wysokie mury zabudowań Guinnessa. Zapach jęczmiennego słodu. Ruch wahadłowy z powodu remontu drogi, wokół wykopów w jezdni ustawieni robotnicy w jednakowych odblaskowych kurtkach popijający kawę z plastikowych kubków. Tiry i ciężarówki brygad remontowych,  opuszczone blokowiska czekające na rozbiórkę, opuszczone żaluzje sklepów. Stylowe latarnie i zwieszające się z nich kosze z kwiatami. Bilbordy SMOKING KILLS, staruszek rozdający ulotki reklamowe, kolejka bezrobotnych przed Social Welfare, na skrzyżowaniach Cyganki niemo proszące o pieniądze od  kierowców czekających na zmianę świateł. Boczne uliczki w kocich łbach, gasnące światła latarń,  zapalające się światła w oknach wysokich  biurowców. Samotne postaci biegający po parku, grupy  okutanych w szaliki uczniów śpieszących do szkoły, dwóch starych kloszardów z jedną butelka cidera. Wyblakła tablica na trawniku przed St. Peter Church z napisem zaczynającym się od słów „Jesus says..” Gdyby autobus nie przyśpieszył przed zmianą świateł, dowiedziałbym się, co Jezus ma do powiedzenia temu miastu.

Dublin 2002

Reklamy

Tagi:

Komentarze 3 to “Dublin – przedmieścia”

  1. Pilot Pirx Says:

    Przez chwilę poczułem się tak, jakbym wrócił do mojego Glasgow a.d. 1997 a nie Dublina 2002. Te miejsca muszą mieć coś wspólnego. Pozdrawiam
    Pilot Pirx

    • laudate44 Says:

      Dzięki Pilocie za odwiedziny i komentarz. Uważaj na siebie, abyś nie musiał lądować na rzece Hudson (lub na Wiśle) jak ten recent hero of United States. Pozdrawiam.

  2. Pilot Pirx Says:

    Eee tam, nie takie rzeczy się robiło ;-). A mi łatwiej bo mogę zacytować Autora:

    Altimetr: tysiąc osiemset kilometrów do Tarczy. Czy zdąży zahamować? Wykluczone! 45 kilometrów na sekundę! Musi skręcić — wykonać głębokie wyjście z pikującego lotu — tylko tak!

    Włączył dysze odchylające — dwa, trzy, cztery g! Mało! Mało!!

    Dał pełny ciąg na odchylenie. Rtęcią płonąca tarcza w ekranie, dotąd jak gdyby wmurowana weń z zewnątrz, drgnęła i coraz szybciej poczęła sunąć w dół. Fotel skrzypiał pod rosnącym ciężarem jego ciała. Statek wchodził w łuk nad samą powierzchnią Księżyca, o wielkim promieniu — promień musiał być taki, bo miał ogromną szybkość. Rękojeść stała twardo, dociśnięta do końca. Wtłaczało go w gąbczaste oparcie, tracił dech, kombinezon nie był połączony z tlenową sprężarką, czuł, jak gną mu się żebra, szarawe plamy pokazały się w oczach. Czekał na black–out, patrząc ciągle w ramkę radarowego altimetra, który mielił w swoich okienkach cyferki, jeden rządek wyskakiwał po drugim: 990 — 900 — 840 — 760 kilometrów…

    Choć wiedział, że ma za sobą całą moc, parł rękojeść dalej. Wykonywał najciaśniejszy skręt, jaki był w ogóle możliwy — a mimo to nie przestał jeszcze tracić wysokości — cyfry wciąż malały — choć coraz wolniej — leżał jeszcze w zstępującej części wielkiego łuku. Spojrzał — samymi oczami, gałki ich ledwo mógł obrócić — na trajektometr.

    Jak zwykle w groźnej strefie ciał niebieskich, tarcza aparatu pokazywała, oprócz krzywej, którą zakreślał pocisk — i migającego słabo jej domyślnego przedłużenia — także profil wypukłości Księżyca, nad którym odbywał się cały manewr.

    Obie te krzywe — lotu i księżycowej powierzchni — schodziły się prawie. Czy przecinały się?

    Nie. Ale brzuch jego łuku był niemal styczną. Nie było pewne, czy prześliźnie się tuż nad samą Tarczą — czy wyrżnie w nią. Trajektometr pracował z błędem siedmiu — ośmiu kilometrów i Pirx nie mógł wiedzieć, czy krzywa przechodzi trzy kilometry ponad skałami — czy też popod nimi.

    Ciemniało mu w oczach — 5 g robiło swoje. Przytomności nie stracił. Leżał, ślepy, z rękami zaciśniętymi mocno na dźwigniach, czując, jak powoli poddają się amortyzatory fotela. Nie wierzył, że jest zgubiony. Jakoś nie mógł w to uwierzyć. Wargami nie był zdolny ruszać — więc, w swojej ciemności, w myślach tylko liczył powoli: dwadzieścia jeden — dwadzieścia dwa — dwadzieścia trzy — dwadzieścia cztery…

    Przy pięćdziesięciu zapełgała myśl, że to już zderzenie — jeśli w ogóle musiałoby nastąpić. Mimo to nie puszczał dźwigni. Zaczynało mu się robić słabo: duszność, dzwon w uszach, w gardle pełno krwi, w oczach — krwawa czerń…

    Palce same rozwarły się — rękojeść odsunęła się powoli, nie słyszał nic, nie wiedział. Powoli robiło się szaro — oddychać było coraz lżej. Chciał otworzyć oczy — ależ były, przez cały czas były otwarte, piekły teraz: spojówki wyschły!!

    Usiadł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: