Różne sny ludzie miewają, jednym śnią się wędrówki ciemnymi korytarzami, drugim wsiadanie do zatłoczonej windy, a jeszcze innych odwiedzają we śnie dzikie koty lub inna zwierzyna. Śniący mogą dzięki temu zmierzyć się ze swoimi lękami lub odkryć tłamszony za dnia aspekt własnej osobowości. Ale zostawmy Freuda.
Miałem dziś wyraźny sen. Kupiłem samochód, stało się to jakoś szybko, wiele szczegółów “reżyser pominął”, w każdym razie auto było solidne, marka godna szacunku, kolor ciemnowiśniowy, bo we śnie kolory musza być wyraziste, nie żaden mdły silver metalic… Momentu zakupu ani ceny samochodu nie pamiętam, wiadomo, że kupiłem go w Polsce i w następnej chwili znalazłem się z tym autem we wsi, w której się wychowałem, co akurat nie było niezwykłe, bo często tam wedruję w swoich snach, wchodzę do dawnego domu przez piwnicę, zatrzymuję się w kuchni, gdzie jak zwykle ogień buzuje pod kotłem z gotującym się praniem, łagodnie mruczy pralka Frania, po podwórku kwoka prowadza pisklęta, furtka do ogródka na szczęście jest zamknięta, gdzieś z pól dochodzi warkot traktorów, a dzięcioł wali dziobem w pień poniemieckiego dębu rosnącego tuż za płotem.
Tym razem tam też trafiłem, w dodatku z samochodem, którym zamierzałem jeździć po znanych z dzieciństwa drogach już nie tak dziurawych jak czterdzieści lat temu, pokrytych nowiutkim asfaltem. Sny jakkolwiek absurdalne i daleko wykraczające poza nasze dzienne wyobrażenia – maja swoją logikę. Zgodnie z tą logiką obok mojego samochodu pojawił się siostrzeniec Robert, którego co prawda nie widziałem już kilka lat, ale to on z całej rodziny najlepiej zna się na samochodach. Po oględzinach Robert zapytał ile auto kosztowało – nie pamiętałem. Potem zauważył, że silnik ma 3,2 litra pojemności – zastanowiłem się, po co mi tak nieekonomiczne auto, ale trudno, przejażdżka po drogach sielskiego dzieciństwa jest warta swojej ceny. Ale kiedy Robert wspomniał, że będę musiał auto zarejestrować, zrozumiałem, że ten sen to koszmar i że powinienem się jak najszybciej obudzić. Udało się!
Procedura rejestrowania lub tzw. przerejestrowywania pojazdu w Polsce zapożyczona jest z literatury światowej, konkretnie z powieści "Proces" Franza Kafki. W Internecie znalazłem trochę szczegółów, wklejam dla przypomnienia:
Wyrobienie tablic rejestracyjnych
Po uzyskaniu pozwolenia czasowego, musimy wyrobić tablice rejestracyjne. Najczęściej odpowiednie punkty znajdują w okolicy urzędu.
W celu rejestracji pojazdu wymagane jest złożenie odpowiedniego wniosku w STAROSTWIE POWIATOWYM właściwym dla miejsca zamieszkania.
Decyzja administracyjna
Rejestracja pojazdu, zostaje dokonana w oparciu o decyzję administracyjną. Wydanie zaś każdej decyzji wymaga czasu. W związku z tym, aby umożliwić nabywcy posługiwanie się zakupionym pojazdem do wydania ostatecznej decyzji, wraz ze złożeniem wniosku, urząd dokonuje tymczasowego dopuszczenia pojazdu do ruchu (na 30 dni.).
Dokumenty wymagane do złożenia wniosku:
Wypełniony wniosek o rejestrację pojazdu
Dokument tożsamości: dowód osobisty lub inny dokument ze zdjęciem (np. paszport).
Dowód własności pojazdu, np.:
– umowa sprzedaży, umowa darowizny, itp.
– faktura VAT,
– prawomocne orzeczenie sądu.
kartę pojazdu- jesli była wydana
dowód rejestracyjny pojazdu- jeśli był wcześniej rejestrowany.
Opłaty:
12 zł – pozwolenie czasowe.
80 zł – tablice rejestracyjne
12 zł – komplet nalepek legalizacyjnych.
18 zł – nalepka kontrolna na szybę pojazdu.
53 zł – dowód rejestracyjny.
Razem 175 zł
W celu odebrania dowodu rejestracyjnego i karty pojazdu, musimy ponownie zgłosić się do starostwa i okazać:
– pozwolenie czasowe
– dokument tożsamości
– kartę pojazdu (jeśli była wydana)
– dowód opłacenia ubezpieczenia OC
Jak sądzę wszystkie te korowody, legitymowanie się, wnoszenie opłat, odkręcanie i przykręcanie tablic rejestracyjnych nie mają absolutnie żadnego logicznego uzasadnienia. Służy głównie temu, aby armia urzędników miała zatrudnienie a producenci tablic dodatkowy zysk. Pobocznym, a może głównym celem podtrzymywania PRLowskich praktyk jest upokorzenie posiadacza “luksusowego dobra” jakim jest samochód. Jeśli ktoś zastanawiał się, czy agresja kierowców i wypadkowość na polskich drogach ma zwiazek przyczynowy z ilością wielorakich upokorzeń jakich doznają kierowcy jako kierowcy i jako obywatele przeczołgiwani przez posłusznych antyludzkiemu prawu urzędników – z pewnością wyciągnął jednoznaczne wnioski.
Kiedy w Irlandii kupowałem samochód, poprzedni właściciel wypisał mi na skrawku papieru pokwitowanie przyjecia gotówki oraz wręczył log book – czyli opatrzony hologramem dowód rejestracyjny, który zazwyczaj trzyma się w domu w bezpiecznym miejscu. Log book zawiera wszystkie dane pojazdu oraz nazwisko i adres aktualnego właściciela. Zwykłą pocztą wysłałem ten dokument do centralnego biura ewidencji pojazdów a po trzech dniach również pocztą dostałem taki sam log book już z moim nazwiskiem i adresem. Numery rejestracyjne auta pozostają te same, są nadawane przy pierwszej rejestracji (dlatego dwie początkowe cyfry oznaczaja rok produkcji) i znikają z ogólnokrajowej bazy danych dopiero po kasacji samochodu.
Tak jest taniej i prościej, bo cała operacja obywa się bez legionu urzędników pokazujących palcami, gdzie nieszczęsny nabywca pojazdu ma złożyć podpis. Nikt tu nie traci czasu, żeby osobiście (dwukrotnie!) odebrać tablice i dowód rejestracyjny. Jedyny wydatek poniesiony przy rejestracji to cena znaczka pocztowego.
Pozostałe koszty administracyjne wchodzą w skład podatku drogowego (motor tax) płaconego raz na kwartał lub rzadziej. Opłat można dokonywać przez Internet. Gdyby nie to, że czasem w biurze podatkowym załatwiam inne sprawy – w ogóle nie oglądałbym urzednika podatkowego, bo od lat płacę On-line. Prawo jest tu życzliwe obywatelowi a kierowcy nie wygrażają sobie pięściami, chwilami bywają przesadnie wręcz życzliwi przez co powstają korki na drogach. No trudno, wolę taką rzeczywistość niż polski orwellowski koszmar, z którego zdołałem się obudzić, choć przykro, że wciąż śnią go inni. Współczuję tym zmotoryzowanym śniącym. Dzięcioł walący dziobem w twarde drzewo pojawił się w dzisiejszym tekście nieprzypadkowo.


21 Luty 2012 o 18:24 |
“A kiedy zasypiamy – we śnie widzimy polska biurokrację.
Ale to dobry sen, ale to dobry sen,
bo się budzimy z niego…”
Ty to masz dobrze
21 Luty 2012 o 19:07 |
Bardzo mam dobrze: właśnie ugotowałem sobie kompot gruszkowy z goździkami i czekam aż ostygnie.
Od dzieciństwa lubię taki kompot.
A socjalizmu chyba nigdy nie lubiłem
Pozdrawiam
21 Luty 2012 o 19:59 |
Wiesz, mam obawy że ta biurokracja to nie tylko domena socjalizmu. UE całkiem ładnie ją rozbudowała. 1,5 roku temu bylam na kursie z pozyskiwania i rozliczania funduszy europejskich. Dokumentacja z tym związana to horror i to bynajmniej nie w formie elektronicznej.
21 Luty 2012 o 21:53 |
W sprawie biurokracji panoszącej się w instytucjach unijnych z pewnością masz rację. Przerosty brukselskiej formy nad treścią od dawna są przedmiotem krytyki w unijnych krajach. Wiedzieliśmy o tym grubo przed wstąpieniem Polski do tego “molocha”, ale nie mieliśmy wyjścia i przyjęliśmy ten rakowaty twór, jak to się mówi, z dobrodziejstwem inwentarza.
Dla mnie unijne procedury to (na szczęście) abstrakcja. Nie mam z nimi styczności i żadnej wiedzy na ten temat nie chcę, wolę poczytać o malarstwie renesansu
, natomiast polskie absurdy jako pozostałość po systemie nakazowo-rozdzielczym (np. obowiazek meldunkowy, który miał być zniesiony dwa lata temu ale ostatecznie stanie się to 1 stycznia 2014 r.) sa dla mnie w pewnym sensie obraźliwe. Prócz tego, że utrudniaja życie milionom ludzi, także mnie, bo nie mogę się w PL zameldować, chociaż chciałbym.
PS A ten wiekowy Citroen na fotce nie jest mój…
21 Luty 2012 o 22:48
Ja sama tez skończyłam kurs (zresztą za unijne pieniądze), ale nie mam z tym na szczęście nic do czynienia. Poznałam trochę tych procedur i zniechęciło mnie to. Tylko ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tego, ze zgodnie z normami unijnymi marchewka to owoc
21 Luty 2012 o 23:27
Spróbuję jutro ugotować owocowy kompot z marchewki.
O wynikach poinformuję…
21 Luty 2012 o 22:35 |
Witaj,
ciekawe, ale pare lat temu wlasnie kupilem w Polsce ciemnowisniowy samochod marki godnej szacunku. Procedury rejestracyjne nie wydawaly mi sie az tak restrykcyjne. Zalatwilem wszystko chyba w jeden dzien (o ile dobrze pamietam), a nastepnego dnia pojechalem do wsi, gdzie bylem “wyhodowany”. A pare dni pozniej przerejestrowalem samochod w domu na niemieckie numery, ale mimo moich wszystkich znakomitych papierkow, rejestracji i oryginalnych rachunkow z autoryzowanego salonu pani mi nie chciala zarejestrowac pojazdu zanim nie podjechalem pod urzad i urzedniczka nie sprawdzila wszystkich numerow powybijanych na nadwoziu i silniku.
I tu jest wlasnie pies pogrzebany. Te wszystkie utrudnienia przy rejestracji w Polsce sa niestety dlatego, ze pewna “kreatywna” czesc naszych rodakow wyspecjalizowala sie w niezbyt legalnym przemieszczaniu pojazdow z jednego miejsca w inne (przez dlugi czas z Niemiec do Polski) i wystawianiu im lewych dowodow rejestracyjnych. Ten proceder sie dopiero wtedy ukrocil, gdy zaostrzono zasady rejestracji pojazdow w Polsce. W wielu miejscach w Niemczech mozna teraz bez problemu przerejestrowac samochod na niemieckie numery (ale u mnie jak sie okazalo nadal nie).
21 Luty 2012 o 23:26 |
Może ja śniłem Twój sen o wiśniowym samochodzie?
Nie wiem czy oglądałeś film “Inception” – idea podłączania się do cudzych snów zrobiła na mnie duże wrażenie.
A co do samochodów w realu: zaostrzenie zasad rejestracji aut w PL wcale nie musi wiązać się z utrudnianiem życia obywatelom. Po prostu poszli po najmniejszej linii oporu, mnożąc koszty itd.
Pozdrawiam
22 Luty 2012 o 8:12
Nie oglądałem tego filmu, może kiedyś obejrzę. Dziękuję za wskazówkę. W ogóle rzadko raczej filmy oglądam. Wolę oglądać reportaże, albo czytać.
A co do rejestracji, to z pewnością można to zrobić lepiej i taniej, ale nie zmienia to faktu, że gdyby nie złodziejstwo, to by pewnie łatwiej było.
Pzdr.
22 Luty 2012 o 23:54 |
Witam miło
Niestety takie “obrazki” jak z rejestracją samochodu w naszym pieknym kraju pozostana jeszcze dlugo koszmarem, te z Irlandii nie snem ale realką.
Pięknie opisaleś twoje wspomnienia z dziecinstwa, też często wracam w moich do rodzinnego domu. Wszędzie może być super, ale u siebie najlepiej. Nie da się czlowieka wykorzenic na 100 procent. Ta nostalgia wraca.
ps
a ten na obrazku to Twoj? czy nie ostrożniej byloby zamaskowac tablice?
Dobrej nocy i śnij slodko
23 Luty 2012 o 16:41 |
Witam Pani Nostalgio…

Ten na obrazku to nie mój, za mało znam się na samochodach żeby “hodować” takie starocie
Pozdrawiam
23 Luty 2012 o 22:53 |
Potwierdzam , unijne formularze są obłędne , zajmowałam się wypełnianiem kilku wniosków i zgrzytałam zębami. Do końca nie wiem czy to nie była przypadkiem nasza własna, rodzima twórczość na bazie unijnych, bo ważniejsze było prawidłowe wypełnienie rubryk niż ich merytoryczna zawartość. .
Dobrze, że się w porę obudziłeś, to się czasem udaje, gdy śni się koszmar ….