Mimo że był koniec września, powietrze już od rana było gorące. Bezchmurne niebo zapowiadało kolejny upalny dzień.
Ciągnąc walizkę w kierunku dworca, zerkając po raz ostatni na zabudowania Lukki, uświadomiłem sobie, że zamieniając deszczową zieloną wyspę na rozświetloną słońcem Italię dokonałem jednocześnie skoku w czasie. Przyjazd do miasta otoczonego pięćsetletnimi murami obronnymi, pełnego starych domów i kościołów traktowałem jako naturalne zanurzenie się w historii. To był przyjemny stan, niczego sobie w końcu nie narzucałem i nie udawałem przed sobą, że znalazłem się w skansenie. Miasto tętniło życiem (już to opisywałem), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to co mnie otacza to tylko forma tymczasowa, jakiś sprytny zabieg komercyjny a prawdziwe, powiadam prawdziwe życie Lukki toczy się za szczelnie zamkniętymi okiennicami, gdzie w zacienionych wnętrzach, pod sufitami z ceglanych płytek krzątają się handlarze jedwabiu, pracują tkacze i powroźnicy, nad rzędami cyfr ślęczą bankierzy, aptekarze przygotowują lecznicze mikstury oraz farby dla artystów strzegących sekretów swoich pracowni z oknami na wewnętrzne dziedzińce. Nawet napis „Ti amo, Gabriele” na ścianie budynku poczty mógł być nabazgrany pod osłona nocy ręką jakiegoś czeladnika liczącego na to, że Gabriele idąca rano do kościoła w towarzystwie ciotki i opiekunki zza woalki dojrzy jego wyznanie miłości.
Co prawda zamiast rzemieślników w rajtuzach i renesansowych płaszczach mijali mnie znudzeni urzędnicy a zamiast modelek przebranych za madonny uliczkami spacerowały dziewczyny w kusych spódniczkach, nierzadko z papierosem w ustach. Lecz, jeśli to tylko pozór? Jeśli to fascynujące i okrutne zarazem życie ludzi epoki renesansu toczy się nadal, jeśli dostępne profanom dzieła sztuki i sześćsetletnie budynki są tylko marnym odbiciem rzeczywistości istniejącej w ukrytym wymiarze?
Pozwalałem sobie na te igraszki umysłu, a nawet je podsycałem doszukując się u dziewczyny jadacej na rowerze rysów Madonny z obrazu ołtarzowego. Miałem wakacje, a poza tym, kto ośmieli się powiedzieć, że rzeczywistość ma tylko jeden wymiar? Chyba tylko dureń. I czym jest obcowanie z rzeczywistością, jeśli nie igraszką umysłu? Jedni rzeczywistość sakralizują widząc we wszystkim emanację sił boskich, inni wybierają spiskowe teorie na istnienie destrrukcyjnych ciemnych sił – ja przyznałem sobie prawo, by na Lukkę i okolice patrzeć przez pryzmat swojej wiedzy historycznej. Żadne to szaleństwo!
Budynek dworca, kasownik do biletów szafa z coca-colą i pociąg wiozący mnie do Sieny – tego nie mogłem zignorować, korzystałem z dobrodziejstw współczesności, aby podróżować w czasie minionym, a przynajmniej tego próbowałem. Zajmując miejsce w pociągu wyciągnąłem z walizki książke o skarbach Sieny i zabrałem się do czytania, bo żeby coś naprawdę zobaczyć, trzeba wiedzieć na co się patrzy. Najwyraźniej zainteresowało to dziewczynę siedzącą naprzeciwko, bo zagadnęła:
„Gorąco dziś prawda?”
Przez moment kusiło mnie, żeby odpowiedzieć sienkiewiczowską frazą „Zaiste Bóg zdarzył nam ten skwar, a widzę po rumianym licu szanownej waćpanny, że nie od dziś wystawiasz na słońce aśćka swoje wdzięki, a jeślim zbyt śmiały, dopraszam się wybaczenia…” – jednak nie poszedłem w tę stronę, nie umiałbym Sienkiewicza przetłumaczyć na angielski. Zatem tylko potwierdziłem, że gorąco, dodając, że bardzo lubię takie upały i że to jeden z powodów mojej podróży po Italii.
Dziewczyna miała na imię Chiara i nie tylko rumiane lico wystawiła na widok publiczny. Spytała mnie czy jadę do Florencji, bo to jej zdaniem wspaniałe miasto, najwspanialsze jakie zna, tam się uczy tańca w szkole baletowej.
“Taniec jest miłością mojego życia, ale żeby zapewnić sobie pewne źródło utrzymania studiuję języki obce, jak do tej pory angielski i niemiecki, w przyszłym roku ma dojść kolejny, rozważałam naukę rosyjskiego jako trzeciego, ale wydał mi się za trudny, inny alfabet, inna gramatyka i tak dalej, jeśli już mam podejmować się czegoś trudnego wybiorę raczej język chiński, bo on ma większą przyszłość w Europie, tak nam mówili na uczelni, mam tam zajęcia trzy razy w tygodniu, a cztery lub pięc razy w tygodniu chodze na balet, i tak od pięciu lat, nie znudziło mi się, taniec chyba nigdy mi się nie znudzi. A ty skąd jedziesz? Podoba ci się w Italii?”
Gorliwie przytaknąłem, po czym wyjaśniłem, że jadę z Lukki lecz nie do Florencji tylko do Sieny, mam po drodze przesiadkę.
“To dlaczego nie pojechałeś krótszą trasą?”
Dlatego właśnie, że byłaby krótsza, a ja się nie spieszę. Poza tym bałem się, że tamten pociąg pojedzie tunelem i nic nie zobaczę przez okno. Chodzi mi o krajobrazy. Mówiłem ci, że Italia mi się podoba.
“Jesteś Anglikiem?”
O nie, mam zupełnie inny akcent. Pochodzę z Polski.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, życzyłem młodej baletnicy sukcesów w karierze, zasugerowałem nawet, aby nie zarzucała myśli o nauce rosyjskiego, bo może kiedyś zatańczy w moskiewskim teatrze Bolszoj – przyjęła to z uśmiechem i tak się pożegnaliśmy. Kwadrans trajkotania po angielsku z pewnością przyda jej się w nauce języka. Rozumiałem i doceniałem jej zmysł praktyczny. I miałem małą satysfakcję z tego, że mogłem się jej przydać jako wolny słuchacz.
Po przesiadce nadal czytałem przewodnik po zabytkach i muzeach Sieny, zastanawiając się co wybrać do oglądania. Czy zwiedzać dużo i “po łebkach” czy nastawić się na kilka obiektów, ale za to obejrzeć je w spokoju i ze zrozumieniem. Domyślałem się, że nie da się dotknąć wszystkiego, choć jak się okaząło na miejscu, nie miałem bladego pojęcia o ilości arcydzieł jakie zgromadzono w tym mieście. Wiedziałem też, lecz wcale nie żałowałem, że ominie mnie największa sieneńska atrakcja turystyczna – Palio. Czytałem właśnie, że przed wyścigiem wokół Piazza di Campo konie do wpowadza się do kościoła po specjalne błogosławieństwo, kiedy pociąg wjechał na stację o wdzięcznej nazwie Poggibonsi.
Wtedy ją zobaczyłem, stała na peronie, czekając na pociąg w przeciwnym kierunku czyli do Florencji, a może od razu do Prato. Miała słuchawki w uszach, na nogach sandałki, ubrana w prostą spódniczkę i białą bluzeczkę z deseniem wyszywanym ciemniejszą nitką. Miała nie więcej niż dwadzieścia lat i chociaż patrzyła na mnie zza słonecznych okularów nie miałem watpliwości, że to ona. Jej wysokie czoło, łagodny owal twarzy, jasne włosy i zmysłowe usta miałem podziwiać z bliska we florenckiej galerii Uffizi. To była Lukrecja Buti, córka kupca Francesco Butiego, który z trudem uskładał na posag dla najstarszej córki i nie miał innego wyjścia jak oddać dwie młodsze do klasztoru. Lukrecja miała rozpocząć nowicjat za dwa dni, właśnie wracała od babki staruszki, z którą wypadało się pożegnać przed długoletnim odosobnieniem.
Zanim wsiadła do pociągu i odjechała w stronę swojego przeznaczenia nasze spojrzenia na chwilę spotkały się. Musiała się domyślić, że wiem o niej więcej niż ona sama. Przez jej twarz przemknęła jakąś wątpliwość, a ja w swoim pociągu, który spomiędzy zabudowań wydostał się już na odkrytą przestrzeń odsłaniając spalone słońcem wzgórza Chianti dopowiedziałem sobie dalsze losy Lukrecji, losy niezwykłe jak na jej epokę. Gdybyśmy mieli więcej czasu w Poggibonsi, powiedziałbym jej co ją czeka. Jako przybysz z przyszłości, już wiedziałem.
Tylko przez pewien czas będzie żyła w klasztornym kieracie: wczesnym świtem pobudka, pierwsza modlitwa, msza, śniadanie, sprzątanie, praca w kuchni, piekarni, chlewni lub ogrodzie, kolejna modlitwa, następny wspólny posiłek, potem jeszcze ze dwie msze, nauka śpiewu, sprzątanie refektarza, a przed snem głośna modlitwa o to by dobry Bóg zesłał następny monotonny dzień, którego jedyną treścią ma być praca, modlitwa i bezwględne posłuszeństwo matce przełożonej. Bez żadnej nadziei na odmianę.

A jednak odmiana nastąpiła. Los oszczędził jej klasztornego uwięzienia, spędziła w zakonie w Prato akurat tyle czasu aby się przekonać, jak bardzo tego wszystkiego nie znosi, jak czuje się udręczona i poniżona. Więc kiedy nadarzyła się okazja i artysta Filippo Lippi szukał modelki do nowego obrazu chętnie zdjęła przed nim swój kornet, odsłoniła kształtną głowę i szyję. Nie czuła się jak zwierzę wystawione na sprzedaż, zresztą nie byłoby w tym nic złego, bo w tamtych czasach kobiety miały niewiele większe prawa niż zwierzęta. Oczarowany urodą mniszki Filippo szybko wystarał się u matki przełożonej o pozwolenie do opuszczania niektórych zajęć klasztornych i pozowanie do obrazu przedstawiającego św. Małgorzatę. Filippo, znacznie starszy zakonnik, który w jej zgromadzeniu zakonnym odprawiał msze i spowiadał przekonał Lukrecję, że uwielbienie, którym powszechnie darzy się Najświętszą Panienkę należy się także a może przede wszystkim pięknym kobietom, które chodzą po ziemi. W klasztornym konfesjonale, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchiwać, Lukrecja po raz pierwszy usłyszy, że jest piękna.
Filippo nie będzie wymagał od niej posłuszeństwa, będzie zachwycał się jej oczami, delikatnością dłoni, kształtem ucha. Dzięki niemu ciasny habit i wykrochmalony kornet bedzie mogła czasem zamieniać na powłóczystą, obszywaną złotą nitką szatę Madonny a włosy przystroić perłami i koronkowym welonem. Podobno szata nie zdobi człowieka – nieprawda! Po kilku sesjach w pracowni malarza, mimo obecności siostry przyzwoitki Lukrecja poczuła się kimś zupełnie innym. Odważyła się myślec o sobie w kategoriach osobistego szczęścia! Samo to było wielkim odkryciem. Biorąc później udział w rutynowych zajęciach mniszki nie mogła zapomnieć wzroku i komplementów Filippa. Poprawiając woalkę lub drapując fałdy sukni swojej modelki Filippo niejednokrotnie porówna ją do rozkwitającego kwiatu. Przy nim Lukrecja poczuje, że od obowiązku kochania Boga, papieża oraz matki przełożonej znacznie przyjemniejsze jest uczucie bycia kochaną. W jego obecności szybko zapominała o nakazach i zakazach płynących codzienie z ust sióstr przełożonych. Rósł w niej bunt przeciw swemu przeznaczeniu. Nudziły ją nabożeństwa i hipokryzja mniszek – niecierpliwie czekała na spotkanie z Filippem, który był jedynym mężczyzną z jakim mogła rozmawiać, jakiemu mogła zaufać i któremu w konfesjonale mogła zwierzać się ze swoich trosk. Dotychczas nikogo to nie obchodziło.
Aż wreszcie niewyobrażalne stało się faktem, została kochanką Filippa. Oddała mu się z całym młodzieńczym żarem choć nie bez uczucia straszliwego lęku przed karą bożą. Doświadczony kaznodzieja i zaprawiony w potajemnych romansach Filippo umiał łagodzić udręki jej sumienia. Tajemnicy ich miłości przez długi czas udawało się dochować, ale wątpliwości nie ubywało. Lukrecja nie mogła dopuścić, żeby Filippo po skończeniu malowania fresków w katedrze wyjechał z Prato bez niej. Świadoma swoich wdzięków (sam ją tego nauczył!) przekonała go, aby ją wywiózł z klasztoru i ukrył przed wszystkimi. Początkowo się wzbraniał, wydawało się to niewykonalne, ale kiedy okazało się, że w jej łonie rośnie owoc ich miłosnego związku, nie mieli wyjscia. Musieli uciekać i prosić o opiekę nie tyle Boga Wszechmogącego, ile kogoŚ znacznie potężniejszego – Cosimo Mediciego. Mieli szczęście. Medici, koneser sztuki i odbiorca dzieł Filippa uchronił ich przed gniewem kościelnych zwierzchników, zaoszczędził im upokorzeń i ekskomuniki. Wkrótce na świat przyszedł Filippino – przyszły malarz, a po nim dziewczynka o nieznanym imieniu. Lukrecja zamiast anonimową mniszką została modelką, kochanką i matką. Nigdy nie wróciła za klasztorne mury. Tymczasem mój pociąg dojechał do Sieny. Upał narastał. Upojenie renesansem dopiero miało nastąpić.
Tagi: Filippo Lippi, Lukrecja Buti, malarstwo renesansu, Prato
27 Listopad 2011 o 21:42 |
Brawo, Laudate!
Nie sposób uniknąć skojarzeń z Allenowskim “O północy w Paryżu” – uważaj zatem, żeby zawsze wsiadać do właściwej taksówki, aby uniknąć losu nieszczęsnego detektywa
27 Listopad 2011 o 22:03 |
Nie widziałem filmu, o którym wspominasz, i muszę się przyznać, że w zasadzie nie znam twórczosci Woody’ego Allena. A nawet jak coś widziałem, to nie potrafię przypomnieć sobie tytułu. Wierzę recenzjom, że to wybitny reżyser, niebanalna postać, ale jakoś nie było nam po drodze w tzw. opisywaniu rzeczywistości.
Za to staram się zawsze wsiadać do właściwego pociagu i właściwego samolotu.
Z przeznaczeniem nie ma żartów!
27 Listopad 2011 o 23:47
A wątek podróży w czasie polubiłem od czasów lektury “Opowieści z Narnii”. Później widziałem jakąś francuską komedię, gdzie gaskoński rycerz przeniesiony do współczesności z epoki wypraw krzyżowych używał mieszaniny języka dawnego i slangowego co skutkowało np. zabawnym zwrotem “Nadobna facetko” (tytułu nie pamiętam)
PS. Film “O północy w Paryżu” już mam na kompie. Zaczynam oglądać!
Dzieki za rekomendację, pozdrawiam.m
28 Listopad 2011 o 10:51
W Polsce był wyświetlany chyba jako “Goscie! Goscie!”
28 Listopad 2011 o 19:30
No dobrze, pora podzielić się wrażeniami, bo film “Midnight in Paris” obejrzałem w okolicach północy (naszego czasu).
, troszkę psychologii, refleksja nad tęsknotą do tego co minęło – a całość znakomita!!!
Historia urocza, choć nieskomplikowana, wyraziste charaktery, jak często u Allena ironiczne spojrzenie na intelektualistów
Kto nie widział – polecam. Piekne zdjęcia Paryża i niezły aktor – odtwórca głównej roli.
Tetryku, dzięki raz jeszcze za rekomendację. Proszę o jeszcze!
27 Listopad 2011 o 21:51 |
z klimatem
przyjemny tekst
27 Listopad 2011 o 22:13 |
Przeglądałem dziś w księgarni książkę o kobietach renesansu. Jak się można domyślać, o Lukrecji Buti nie było ani słowa – musiałem sam napisać, bo to ciekawa, jak sądzę, love story.
Pozdr.
28 Listopad 2011 o 13:31 |
O ileż szczęśliwszy to romans niż historia Abelarda i Heloizy ! Z tym większą przyjemnością czytałam:) Siena….. urzekła mnie kolorytem, a Ty opowiesz o niej przepięknie
28 Listopad 2011 o 19:24 |
No właśnie: Siena, nie wiem czy z opisem podołam…
Toż to jedna potężna góra skarbów!
28 Listopad 2011 o 14:17 |
Laudatte, Ty powinieneś pisac powieści, serio
Questo splendidamente descritto, come le immagini vivide – grazie
28 Listopad 2011 o 19:22 |
Napiszę, Elizo, napiszę, jak już przejdę na emeryturę…
Na razie od roku wymyślam tytuł
28 Listopad 2011 o 19:19 |
No i znów przeniosłam się w czasie i przestrzeni. Piękny portret Lukrecji namalowałeś panie Laudate
.
28 Listopad 2011 o 19:21 |
Filip malował, ja pisałem
28 Listopad 2011 o 23:59 |
Nic dodać nic ująć naprawdę interesująco piszesz aż chce się czytać
29 Listopad 2011 o 15:58 |
Niewątpliwie rację ma Eliza. Chętnie przeczytałabym powieść o Lukrecji Buti i czasach, w których żyła tak napisaną, jak tych kilka akapitów. Dzięki.
29 Listopad 2011 o 20:21 |
Droga Evo, dziękuję za uznanie.
Myśl o pisaniu czegoś większego chodzi za mną od paru lat – i na myśleniu się kończy, bo zwyczajnie nie mam czasu na takie hobby.
Pozdrawiam
30 Listopad 2011 o 0:19 |
Cudnie się to czyta

Z czysto egoistycznych pobudek życzę ci dużo wolnego czasu i nie godzę się z tym byś swoje hobby odkładał na emeryturę , bo to ja nie mam tyle czasu by na to czekać i doczekać
Bardzo spodobała mi się twoja opinia o „Midnight in Paris” – właśnie tak samo go odebrałam i zdziwiona byłam recenzjami jakie przeczytałam przed pójściem do kina.
30 Listopad 2011 o 18:57 |
Sawo, Tobie pierwszej to powiem: przekonałaś mnie
Rok 2012 albo nigdy!
30 Listopad 2011 o 21:57
To ja głosuję za 2012! Howgh!
30 Listopad 2011 o 23:26
Rozpiera mnie hybryda dumy i przyjemnego oczekiwania
Rok 2012 – TO BĘDZIE ROK!!!
1 Grudzień 2011 o 0:08
Ależ presja!
30 Listopad 2011 o 17:06 |
“Midnight in Paris” to najsympatyczniejsza komedia ostatnich lat…. szalenie mi się podobała, a młody Dali….
cudo prawdziwe, podobnie jak i cała artystyczna plejada….. z Gertrudą Stein na czele. Ironia leciutka, wdzięk nieopisany. Znakomity film…..
30 Listopad 2011 o 18:56 |
Zupełnie rzadko oglądam filmy, a jak już to takie które zapadają w pamięć i chcę się nimi dzielić. Ostatni z nich to stary włoski film “Il Postino” czyli opowieść o przyjażni poczciwego listonosza wiejskiego z Pablo Nerudą…
Skoro już przywołałaś Dalego – wspomnę, że grał go ten sam aktor, który odtwarzał u Polańskiego “Pianistę” czyli Adrien Brody.
Początkowo go nie poznałem, taki się zrobił ekscentrryczny
Mnie się podobała pani wyrocznia – Gertruda Stein oraz zrobiony na wzorcowego macho – Hemingway. Chciałoby się westchnąć: ach, co za twardziel!
30 Listopad 2011 o 21:58 |
Mnie się najbardziej spodobało delikatne podsuwanie Bunuelowi i Hemingwayowi pomysłów ulepszających ich dzieła
30 Listopad 2011 o 22:07
O tak, też ujęła mnie scena gdy Bunuel “nie rozumie” dlaczego nie można wyjśc z pokoju…
Zabawna i psychologicznie prawdziwa scena.
30 Listopad 2011 o 22:34 |
Cudownie się ciebie czyta. Nie zwlekaj z książką, będzie stała w dobrym towarzystwie na samym widoku
Oczywiście natychmiast, przeczytana. Pozdrawiam serdecznie
1 Grudzień 2011 o 19:48 |
Coraz lepiej ! Bardzo jestem wdzęczna Sawie, za tak zdecydowane postawienie kwestii książki. Może nawet opublikujesz jakieś fragmenty ? Nie śmiem naciksać, ale bardzo czekam.:)
1 Grudzień 2011 o 20:54 |
Bardzo jesteście wszyscy mili.
To z pewnością motywuje, ale poczekajmy trochę w spokoju na efekty.
Słowo się rzekło.
3 Grudzień 2011 o 1:30 |
Och, jakie mi to bliskie, co napisałeś. Też tak łażę po historycznych miastach: widząc nie to, co jest, a to, co – moim zdaniem – powinno być.
I zwykle to “powinno” wiele bardziej mi się podoba od “jest”.
Popieram zupełną dezynwolturę w traktowaniu teraźniejszości i realności. Dość tego terroru dosłowności i bedekerów! Fantazja jest niezbywalnym prawem człowieka i psa!
3 Grudzień 2011 o 17:28 |
Szczególnie psa, Bobiku! Pozwólmy psom na więcej fantazji!!
4 Grudzień 2011 o 21:35 |
Przewidziany na dziś wpis o Sienie utopił się w winie Chianti. Zapraszam jutro wieczorem (w poniedziałek, po Barbórce)
Pozdrawiam wszystkie solenizantki i górników, także tych emerytowanych
4 Grudzień 2011 o 23:57 |
5 Grudzień 2011 o 3:16 |
Niech Ci Parki dłuuugo przędą!
22 Styczeń 2012 o 17:02 |
[...] jeszcze jedna Lukrecja, o której już pisałem, ale co szkodzi przypomnieć. Lukrecja Buti – słynna mniszka, którą pozowała Filippo Lippiemu podczas malowania obrazu św. [...]