Toskańskie słońce i pierwsza dawka kawy espresso przywitały mnie na lotnisku w Pizie. W samym mieście się nie zatrzymywałem a słynną krzywą wieżę widziałem z okien autobusu. To mi wystarczyło. Położona na płaskowyżu Lukka oferuje znacznie więcej atrakcji niż Piza. Intryguje przede wszystkim oryginalna zabudowa starego miasta. Totalne pomieszanie stylów, na fasadach domów ślady licznych przeróbek, jakby każda epoka chciała zostawić swój ślad. Najwięcej śladów renesansu, co odkryłem natychmiast ale w miarę oglądania przestałem klasyfikować style, zadowalając się samym klimatem starego miasta. Lukka jest stara z pewnością, Rzymianie założyli tam swoją kolonię 180 lat p.n.e. W czasach renesansu Lukka, wzbogacona na produkcji oliwy i handlu jedwabiem stała się miastem na tyle ważnym, że dla obrony przed najeźdźcami wzniesiono solidne mury obronne. Te mury są teraz dumą Lukki, magnesem przyciągającym turystów.
Niewiele jest na świecie miast z tak dobrze zachowanymi kompletnymi murami i bramami. W Lukce każda brama nosi imię innego patrona, w sumie jest ich sześć. Mapa pokazuje efektowną linię zabudowy murów, które oddzielają starą część miasta od nowej. Między nimi rozciągają się jeszcze zielone błonia przypominające, że kiedyś była tam jeszcze fosa. Mówi się mury, ale to właściwie szerokie wały obronne, po których obecnie w cieniu drzew przemieszczają się spacerowicze i rowerzyści. Rowerów w Lukce jest dużo, naprawdę dużo, bo płaskie ukształtowanie terenu, ciasne uliczki i zakaz wjazdu samochodów (poza wyjątkami) do najstarszej części miasta wymusiły korzystanie z dwuśladów. Na rowerach jeżdżą też policjanci, co nie jest żadną osobliwością, bardziej zdziwiłem się na widok policyjnego Fiata Punto. Nie jest to samochód pościgowy, ale mogę przypuszczać, że w ciasnych uliczkach się sprawdza.
Te uliczki, często idące łukiem, wytyczane setki lat temu tworzą plątaninę, w której łatwo się zagubić. Jeśli ktoś się nie śpieszy, to jest to nawet przyjemne: w takich miastach niemal wszystko jest warte zobaczenia. Gąszcz murów chwilami przypomina Wenecję: te same przewężenia, nagłe zakręty, przesmyki, zaułki. Ale rodzaj budownictwa czyli ciężkie drzwi z mosiężnymi gałami, kute kraty w oknach, lampy uliczne, boniowania wokół otworów okiennych i drzwiowych wskazują na bliskość Florencji. I tak jak we Florencji, wzdłuż renesansowych pałaców ciągną się kamienne wygrzane słońcem ławy, na których przyjemnie posiedzieć po całodziennej wędrowce, wsłuchując się w gwar unikalnego miasta, w którym tak wdzięcznie zagospodarowano przeszłość na potrzeby współczesności.
Za dnia zdarzało mi się zapuścić w niemal pustą uliczkę, którą z rzadka przejechał rowerzysta lub elektryczny wózek służb porządkowych. Za to główne place rozbrzmiewały ludzkim gwarem, Spod kawiarnianych parasoli dobiegały rozmowy, czasem śpiewy, z kuchennych wnętrz buchały zapachy potraw, sosów i mięs. Na to nakładała się muzyka z radia, dźwięki rowerowych dzwonków, pokrzykiwanie dzieci i bicie kościelnych dzwonów.
Kościołów w Lukce sporo, trudno policzyć, niektóre powstały przed upadkiem Bizancjum. Najważniejsza jest katedra z okazałą wieżą mieszcząca zabytkowy krucyfiks wykonany z drewna cedrowego. Wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa zupełnie niepodobnego do późniejszych wygładzonych wersji uznawany jest za wierne przedstawienie prawdziwej twarzy Jezusa. Nosi nawet nazwę Volto Santo, Święta Twarz. Tradycja podaje, że krucyfiks zaczął rzeźbić Nikodem żyjący w tych samych czasach co Chrystus. Jednak Nikodem zmarł w czasie pracy a jego dzieło dokończyły anioły. Bezcenny zabytek przywieziony do Lukki z Ziemi Świętej w VIII wieku umieszczony jest w specjalnej złoconej kaplicy stojącej wewnątrz katedry. Surowe oblicze ukrzyżowanego i dość topornie wykonany matowy krzyż mocno kontrastują ze znacznie późniejszą, niemal barokową kapliczką.
Na zdjęciu fronton romańskiego kościoła św. Michała z figurą patrona umieszczoną na szczycie. Każda kolumienka jest inna, a pełne zawijasów rysunki zwierząt, liczne płaskorzeźby i fryzy przyprawiaja o miły sercu oczopląs. Wnętrza obu świątyń ciemne, długo trzeba przyzwyczajać wzrok do mroku. Styl romański miał to do siebie, że niewielkie okna umieszczano wysoko, niemal pod sklepieniem, a boczne ściany oddawano do dyspozycji malarzom.
Wałęsając się po Lukce bez trudu odnajdywałem główne architektoniczne atrakcje tego miasta. Jedną z nich jest owalny plac Anfiteatro powstały dzięki temu, że zręby dawnego rzymskiego amfiteatru ciasno zabudowano kamieniczkami. Na plac prowadzi kilka łukowych bram i choć architektura nie jest szczególnie atrakcyjna – miejsce przyciąga turystów, nawet twórcy telewizyjnego programu “Top Gear” nakręcili w Lukce jeden z odcinków zaczynając prezentację samochodów właśnie na Piazza Anfiteatro. Inny plac o bardziej reprezentacyjnym charakterze, z przylegającym doń budynkiem urzędu miasta to plac Napoleona. Nazwany na cześć walecznego cesarza, którego najazd położył kres kilkusetletniej świetności i niezależności Lukki.
Oczarowała mnie Lukka: nie za dużo komercji, sklepy słynnych marek handlowych sąsiadują z lokalnymi biurami lub barami kawowymi, obok może mieścić się sklepik z toskańską ceramiką (wsród deseniów, koniecznie porośnięte cyprysami wzgórza i soczyście żółte kwiaty słoneczników) a także optyk lub sklep z chemią gospodarczą. Mój nie tyle wzrok, co węch przyciągały sklepy z eleganckim obuwiem i torebkami – dolatywał z nich zapach świeżo wyprawionej skóry. Trwał nieśpieszny ruch, przechodnie witali się wylewnie, panowie buchali dymem z cygar, kelnerzy krzątali się wokół zatłoczonych stolików, korzystając z daru jakim była wyjątkowo upalna pogoda. Czuło się w tym wszystkim autentyk, rutynę i spokój. Lukka mimo swojej sławy, nie ma w sobie nic przytłaczającego. Także turyści, choć już mniej liczni o tej porze roku, nie rzucają się w oczy, nie dominują, choć amerykański i francuski język zdradza ich obecność. Proporcje przyjezdnych do tubylców są ważne, bo miasto „najechane” przez tabuny zwiedzających, choćby nie wiem jak grzecznych i cichych, traci swój charakter. Turyści zamiast „podglądać” egzotyczne (dla nich) miejsce tętniące życiem – oglądają głównie samych siebie. Jak na Krupówkach lub na rynku w Kazimierzu Dolnym.
Ważnym punktem na szlaku wędrówek po Lukce jest wieża widokowa Tore Guinigi, zbudowana przez możną rodzinę Guinigich w czasach, gdy dla podkreślenia swojej ważności modne było dosłowne wynoszenie się ponad innych. Na wieży rosną prawdziwe dęby i rozciąga się z niej taki widok na okolice, że nikt nie żałuje wspinaczki po schodach. Wzrok przyciągały zielone wzgórza, z którymi wiązałem plany na następny dzień. Wiedziałem że gdzieś za zamglonym horyzontem, w zieloności leży stolica górskiego regionu, pełna zabytków Garfagnana Castelnuovo. Czytałem w przewodniku o rzymskich początkach tego miasta, o zachowanym do naszych czasów zamczysku, o trzęsieniu ziemi i tradycji organizowania festiwali wywodzącej się od święta plonów. Jednak nigdy tam nie dotarłem, a dlaczego, opowiem w następnym odcinku.





20 Październik 2011 o 20:30 |
z Twojego opisu wyłania się Lukka jako jedno z tych miast, które bardzo byśmy chcieli zobaczyć… W sumie, daleko nie jest
20 Październik 2011 o 21:00 |
To zależy gdzie jesteście teraz

Dla mnie też niedaleko, zwłaszcza, że szlak mam już przetarty…
Ale poczekajcie na ciag dalszy opowieści, może się zniechęcicie
Pozdrawiam
20 Październik 2011 o 20:42 |
Hej podrożniku.
) Najpierw moja corka teraz Ty podniecacie mnie do odwiedzenia Wloch, w ktorych nigdy nie goscilam. Bea jest zachwycona. Ty opisujesz tak bajecznie, że aż ręka swędzi aby kliknąć w Google chociazby. Mam nadzieję, że nacieszyles oczy i duszę, szkoda ze czas tak szybko mija w czasie voyage, choć chcialoby sie go zatrzymać.
Buziole
20 Październik 2011 o 21:05 |
Elizo, nie ma co ściemniać: moim jedynym powodem spisywania wrażeń z podróży po Toskanii jest chęć “zarażenia” tym miejscem jak największej liczby czytelników.
Robota to mozolna, zupełnie niekomercyjna ale mam nadzieję okaże się skuteczna i parę osób poleci w następnym sezonie.
Wspominałem kiedyś, że swoje zwiedzanie zazwyczaj zaczynam od Googli. Brukselę i Bruges też najpierw obejrzałem “z kosmosu” a potem pojechałem popatrzeć z bliska.
Pozdrawiam.
20 Październik 2011 o 20:43 |
Wielkie dzięki za relację napisaną tak, że miałam wrażenie, że czuję te zapachy, kolory i tyle historii pod stopami.
Z czego żyją takie miasta?
20 Październik 2011 o 21:08 |
Z czego żyją? Częściowo z nas – czyli przyjezdnych.
Poza starówką otoczoną murami są też dzielnice komercyjne i zakłady produkcyjne, wiec pewnie jakiś inny biznes się kręci.
20 Październik 2011 o 23:30 |
Dobry wieczór ! Zaplątałam się w krzywych uliczkach Lukki i nie chciało mi się z nich wyjść……
Powrócisz tu…. żeby zobaczyć te oświetlone zamki na zboczach gór, a póżniej słoneczny świat, gdzie tak beztrosko nakładają się na siebie epoki .
I zadać sobie po raz kolejny pytanie dlaczego nie czuję się tu tak obco jak wcześniej w Wiedniu?
Dziękuję Laudate, to jest urzekające.
20 Październik 2011 o 23:43 |
Dzięki za “śpiewający” komentarz
21 Październik 2011 o 16:38 |
“Podróżować… podróżować.. jest bosko!” – śpiewała Kora i nawet podróżując tylko na twoim pośrednictwem przyznaję jej rację
21 Październik 2011 o 19:29 |
Czytając opowieści Laudatego, takie żywe i plastyczne, myślę sobie po cichu, ze wszelkie “turystyczne kłopoty” mnie omijają, a w oczach mam piękny świat . Żaden przewodnik nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
21 Październik 2011 o 19:39
Moi Złoci! To dopiero początek! Pierwszy dzień italiańskiej wałęsy! Czytajcie dalej: będzie się działo!
(Kolejny odcinek w niedzielę)
21 Październik 2011 o 19:41 |
Tetryku, dzięki za inspirację literacką! W dalszych opowieściach dam specjalny znak, kiedy było mi naprawdę bosko!
22 Październik 2011 o 15:35 |
Ta “italiańska wałęsa” bardzo mi się spodobała, chętnie też i z wielką przyjemnością powałęsałam się po tym toskańskim mieście, w którym urodził się Puccini. Czy zachowały się w Lukce jakieś ślady Etrusków?
22 Październik 2011 o 16:26 |
Evo, opowieść jest wielowątkowa i aby się nie pogubić, ani nie pisać dwa razy o tym samym, podzieliłem ją na odcinki. W następnym będzie o Puccinim oraz o tym dlaczego nie widziałem Etrusków
Pozdrawiam
23 Październik 2011 o 22:52 |
Poczekam na dalszy ciąg..
po tym odcinku, oddech nieco uspokoi się ..
tak myślę. Wracaj z ”obrazem”
23 Październik 2011 o 23:48 |
Wrócę napewno, ale są przeszkody, opóźnienia, deszcz za kołnierz i wiatr w oczy..
m’sorry
25 Październik 2011 o 8:25 |
No to czekam …
i mam nadzieje, że ta ” metereologia” za bardzo Ci nie dokuczy ….
25 Październik 2011 o 14:12 |
Sprawy wyglądają poważnie:
http://www.irishtimes.com/newspaper/breaking/2011/1025/breaking23.html
…i choć osobiście nie ucierpiałem (tylko zmokłem) to zamieszanie powstało.
27 Listopad 2011 o 20:21 |
[...] narzucałem i nie udawałem przed sobą, że znalazłem się w skansenie. Miasto tętniło życiem (już to opisywałem), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to co mnie otacza to tylko forma tymczasowa, jakiś [...]